Jak stawiać i osiągać cele?

Dzisiaj porozmawiamy sobie o celach. Mam motywację żeby w tym roku nie skończyło się jak zawsze więc trochę poszperałam i podzielę się z Tobą technikami i pomocami które mam nadzieję pomogą nam postawić i osiągnąć cele. Gotowy? 🙂

Zanim postawisz sobie cel

O tak. Planowanie planowania, tym się najpierw zajmiemy! 🙂 Zaczniemy od bardzo niewinnego pytania: czego tak naprawdę chcesz? Ty jako Ty. Nie Twoja rodzina, nie chłopak czy dziewczyna, nie pani z reklamy i fit laska z instagrama. Co Ty chcesz osiągnąć? Siądź sobie wygodnie (albo idź na spacer, jeśli tak Ci się łatwiej myśli) i zrób sobie jednoosobową burzę mózgu.

Wypisz wszystko co Ci się kołacze po głowie, na razie niczym się nie przejmuj. Pamiętaj że cel nie musi być związany ani z zarabianiem pieniędzy, ani rozwojem osobistym ani schudnięciem 15 kg. Ludzie są różni i cele też są różne i to jest okay.

Kiedy masz już te kilka-kilkanaście pozycji postaraj podzielić się je na kategorie: np. rodzina, zdrowie, praca itd.

realizacja celów

Ten jedyny?

Okay, mamy wypisane i podzielone na kategorie przed-cele. Jeśli jeszcze ich nie masz, to co tu jeszcze robisz? Sio do punktu pierwszego! Od czytania blogów samo się nie zrobi (chyba że czytanie blogów to był Twój cel – w takim razie gratuluję, osiągnąłeś go, pora na kolejny, więc też wróć do punktu pierwszego 🙂

Teraz z tego chaosu trzeba wybrać to, co jest dla Ciebie absolutnie najważniejsze lub to, co przyniesie Ci największe korzyści w najkrótszym czasie. Tutaj niestety muszę skomplikować sprawę bo są dwie szkoły które myślę że mogą przynosić efekty więc przedstawię Ci obie i zostawię Ci wybór.

Metoda numer jeden: Twój cel, żeby go osiągnąć, powinien stać się Twoim priorytetem. Priorytet powinien być jeden. Jak jest ich 17 to coś jest nie tak 😉 Dlatego wybierasz tylko jeden cel z jednej dziedziny, którym zajmiesz się na początek.
To jest podejście które ja postaram się stosować w tym roku.

Metoda numer dwa: nie da się odizolować od życia np. tylko kariery – bo jeśli nie skupisz się też jednocześnie na zdrowiu czy relacjach to odbije się to też na pracy. Dlatego wybierz sobie 2-3 cele z różnych dziedzin, które będziesz realizować naraz.

Coś w tym stylu próbowałam zrobić w zeszłym roku, ale okazało się że pociągnęłam zbyt wiele srok za ogon i nic z tego nie wyszło. Postawiłam sobie zbyt wiele celów i byłam dla siebie zbyt surowa. Dlatego w tym roku spróbuję metody pierwszej, mam wrażenie że trochę zmodyfikowanej – dalej zamierzam działać w więcej niż jednej dziedzinie życia, ale jedna będzie tą “główną”, a reszta ma się dziać w swoim tempie i bez mojego perfekcjonizmu nad głową.

Wybierz metodę, która przemawia do Ciebie bardziej i pamiętaj, żeby tak czy siak nie brać na siebie zbyt wiele. Lepiej osiągnąć jedną rzecz niż mieć wyrzuty sumienia z powodu 17.

Jak wybrać? Urządź turniej. Jeśli wybierasz jeden cel, najpierw zdecyduj się na kategorię (czy np. najpierw chcesz popracować nad pracą, rodziną, zdrowiem…). Jeśli nie masz od razu w głowie odpowiedzi ustaw kategorie w pary i zrób konkurs – która jest dla Ciebie ważniejsza? Rób tak, aż zostanie tylko jedna, a wtedy urządź taki sam turniej pomiędzy poszczególnymi celami z tej kategorii aż zostaniesz z tym jednym jedynym.

Jeśli wybierasz kilka celów naraz postępowanie jest takie samo, ale zamiast jednego, wyłaniasz 2-3 zwycięzców 🙂

realizacja celów

Jak stawiać cele?

Co, myślałeś że jak już cel z listy wybrany to puszczę Cię wolno? Ani mi się śni 🙂 Teraz przechodzimy do takiego sformułowania celu żeby aż sam z siebie chciał się realizować 🙂

Będę pisać o celu w liczbie pojedynczej bo tak mi łatwiej, jeśli wybrałeś metodę kilku celów postępowanie jest takie samo dla każdego z osobna.

No to do roboty. Najpierw sprawdzimy czy w ogóle leży na dobrej półce – bo Twój cel może być:
bezpieczny, czyli taki, który już kiedyś osiągnąłeś, wiesz, że nie będziesz miał z tym problemów, nie jest dla Ciebie żadnym wyzwaniem;
lekko przerażający, ale do osiągnięcia – coś poza Twoją strefą komfortu, ale nie niemożliwe;
niemożliwy – jakieś marzenie którego nie da się spełnić, przynajmniej nie od razu. Jeśli np. przez ostatnie 5 lat nie ruszałeś się z kanapy to wygrana triatlonu może nie być najlepszym pomysłem na początek.

Najlepsze efekty osiągniesz z celem lekko przerażającym – jest motywujący do działania, ale możliwy do osiągnięcia. Przy bezpiecznym możesz nie mieć motywacji, przy niemożliwym… cóż, raczej nie zobaczysz realizacji 😉 Jeśli więc masz cel w którejś z pozostałych dwóch kategorii to spróbuj trochę go zmodyfikować.

Gotowe? To lecimy dalej. Teraz sprawdzimy, czy Twój cel zależy od Ciebie.
O co chodzi? Jeżeli na przykład Twoim celem będzie zarobienie x zł albo albo zdobycie y klientów, to czy ten cel zależy tylko i wyłącznie od Ciebie? Są w to wplątane jeszcze inne osoby, które mogą Ci pokrzyżować plany. Wystarczającą ilość klientów możesz mieć albo nie i niezależnie od efektu nie być wcale mądrzejszym.

Jeśli Twój cel nie zależy tylko od Ciebie daje Ci to wymówkę żeby go nie zrealizować. Możesz też go realizować do granic możliwości a i tak nie wyjdzie. Jak temu zaradzić? Zrobić plan (yay!), który potem możesz ocenić – wykonałeś czy nie?

Zastanów się: jak Ty zamierzasz osiągnąć ten cel? Jak przyciągnąć nowych klientów? Jeśli nie wiesz, to pierwszy punkt Twojego planu to dowiedzieć się jakie są sposoby żeby to zrobić. Jeżeli możesz to osiągnąć na przykład poprzez pisanie postów blogowych 2 razy w tygodniu to po jakimś czasie dasz radę zweryfikować czy udało Ci się to zrobić i czy to działa. A może trzeba sięgnąć po inną strategię? Ale o tym za chwilę.

Z drugiej strony, nawet jeśli Twoim celem będzie zgubienie z kg, to dalej tak naprawdę nie wiesz dokładnie jak to zrobić, a to świetna droga do odkładania na później i grzeszków. Właśnie dlatego potrzebujesz dokładnego planu jak osiągnąć swój cel, rozbicia go na drobniejsze nawyki i konkretne działania. Dlatego właśnie przechodzimy do kolejnego punktu.

Jak realizować cele?

Mamy już cel (mam nadzieję!). Potrzebujemy rozpisać plan i termin wykonania planu. Tym się właśnie na początek zajmiemy – terminem. Okazuje się, że człowiek to takie stworzonko, które najlepiej realizuje swoje cele jeśli ma je wykonać w ciągu 3 miesięcy (90 dni, jeśli tak wolisz). Daje nam to odpowiedniego kopa żeby nie zacząć “w następnym miesiącu” lub “po urodzinach Bobka” – jak się to zdarza przy celach rocznych. Jednocześnie 3 miesiące to jest już kawałek czasu w którym można zrobić całkiem sporo. Dlatego potrzebuję od Ciebie jeszcze jednej decyzji – czy ten cel, który masz już w głowie i na kartce, nadaje się do realizacji w ciągu 3 miesięcy? Czy jest to np. cel roczny, który chcesz rozbić na mniejsze 3-miesięczne podcele? Możesz iść w którą stronę tylko chcesz – mieć jeden duży cel rozbity na mniejsze albo jeden 3-miesięczny i po tym okresie wybrać kolejny.

Tak czy siak, dobrze jest go sobie rozbić na jak najmniejsze części i mieć przygotowany plan akcji. Tak, wiem, to mnóstwo roboty – ale tak naprawdę im więcej wysiłku dasz z siebie teraz, wciąż pełen chęci i wiary, tym łatwiej będzie dalej realizować swój cel kiedy dopadną Cię problemy i szare życie a motywacja zmaleje.

Okay, wszystko pięknie ładnie, ale głupio by było tak przepracować całe 3 miesiące i na końcu zrobić smutną minę bo klops. Jak temu zapobiec? Ano sprawdzać co jakiś czas jak Ci idzie i czy trzeba coś zmienić. Podobno świetnie jest (jeszcze nie testowałam tego systemu, ale zamierzam) pracować w dwutygodniowych sprintach – czyli dwa tygodnie wypełniasz zadania z listy, a potem robisz sobie dzień wolnego na podsumowanie jak sobie radzisz, czy to co robisz działa i czy można coś usprawnić. W taki sposób dasz radę już czegoś dokonać, a jeżeli się okaże że Twój plan jest totalną lub częściową klapą nie zmarnujesz dużo czasu tylko w porę poszukasz rozwiązania.

Co jeszcze może pomóc w osiągnięciu celu?

  • Oczywiście zapisz to, co chcesz osiągnąć. Miej zawsze łatwo dostępny plan, tak, ale zapisz też swój cel (najlepiej w taki sposób, żeby ktoś obcy go zrozumiał) i trzymaj na widoku. Może stwórz tablicę motywacji? Może być taka zwykła, na ścianie czy lodówce, a może też być na przykład na Pinterest a cel możesz trzymać spisany w portfelu (jeśli np. masz wyjątkowo wścibskich domowników).
  • Podziel się z innymi tym, co zamierzasz osiągnąć. Czy masz to “wykrzyczeć” wszystkim na Facebooku? Niekoniecznie. Ale dobrze by było podzielić się swoim celem z osobami, które Cię lubią i będą wspierać. Nie wszyscy muszą wiedzieć że planujesz zrzucić 10 kg albo wydać książkę, ale przyjaciele i rodzina którzy wiesz że w razie czego Ci pomogą a przede wszystkim będą Cię dopingować jak najbardziej!

Jak nie dać się zwariować?

Powiedzmy sobie szczerze, realizacja tego co sobie wymarzysz nie jest prosta – przynajmniej dla mnie. Jest cała masa rzeczy, które mogą pójść nie tak. O nadmiarze celów i braku konkretnego planu już mówiliśmy, ale co jeszcze może się wydarzyć? Poniżej kilka przykładów, które wpadły mi do głowy (jeśli jest coś jeszcze, z chęcią dowiem się z Twojego komentarza!):

  • Pomimo wszystkich starań coś, co miało być celem ciągle ląduje na samym końcu listy zadań. Jest to ewidentny znak że to wcale nie jest dla Ciebie priorytet. Nie potrzebujesz całej tej wielkiej otoczki,  systemów, celów, partnerów, coachów i spisywania umów z samym sobą żeby np. zjeść ulubione ciastko albo lody. To czyny pokazują priorytety, więc jeśli nie chcesz czegoś zrobić to zawsze znajdziesz wymówkę żeby tego nie robić. Jeśli czujesz że powinieneś się czymś zająć, ale jakoś tak nie możesz się za to zabrać od pół roku to prawdopodobnie nie wstaniesz jutro z wielką ochotą żeby akurat teraz zacząć. To jest okay. Po prostu to nie jest Twój priorytet, jest on gdzieś indziej, dziękuję, dobranoc. Nie ma sensu się z tego powodu zadręczać. Poszukaj po prostu co jest dla Ciebie tak naprawdę w tym momencie ważne.
  • Czasami też (szczególnie chyba kobiety, ale mogę się mylić) próbują szukać priorytetów tam, gdzie ich nie ma. Robią 3 tony rzeczy dla swojej rodziny, ale uważają że potrzebują mieć jeszcze 50 innych celów, inaczej są złe. Bądź ze sobą szczery – jeśli bycie dobrym rodzicem, żoną, pracownikiem zawsze wygrywa ze wszystkim innym to nie jest to Twoja słabość, tak po prostu jest i to jest absolutnie okay. Po prostu bądź ze sobą szczery i miej świadomość że tak właśnie jest. Pomoże Ci to uniknąć wielu frustracji. Dzięki temu będziesz w stanie od razu ocenić że cel który da się osiągnąć tylko kosztem np. rodziny to będzie cel, którego nie osiągniesz. Zastanów się, jak go zmodyfikować lub obejść i ciesz się życiem bez poczucia winy.
  • Jeśli mimo wszystko wiesz że tego i tylko tego pragniesz najbardziej na świecie, ale Ci nie wychodzi, może warto zainwestować w pomoc? Znajdź kogoś, kto osiągnął to co Ty chcesz osiągnąć. Zapisz się na konsultacje czy coaching. Pojedź na konferencję związaną z danym tematem, kup książkę czy kurs który wiesz że będzie w stanie ruszyć Cię do przodu. A może masz przyjaciela lub znajomego który zna się na temacie i będzie w stanie pomóc Ci wziąć się w garść? Pora zainwestować w siebie, bejbe! 🙂
  • Kolejna sprawa: plan jest dla Ciebie, nie Ty dla planu. Szczególnie piszę to do tych perfekcyjnych stworków które biorą na siebie za dużo a potem nie dają sobie rady i kończą w smutku i z wyrzutami na sumieniu. Potem te wyrzuty dają przerzuty i chodzi człowiek i sobie wszystko wyrzuca. A jak mu gorzej to i innym wyrzuca. Jak tego uniknąć? Po pierwsze, dostosuj plan do swojego życia. Zobacz, co realistycznie dasz radę zrobić, z Twoim dziennym “rozkładem jazdy”, obowiązkami i czasem na odpoczynek i ewentualną migrenę. Po drugie, jeśli przez jakiś czas idzie Ci dobrze a potem okazuje się, że nie nadążasz za swoim planem a każde zerknięcie na niego wywołuje poczucie winy – zmień plan. Jeszcze raz: ma Ci pomóc – w momencie kiedy Cię stopuje, pora go zmienić. Wyrażam się jasno? 🙂
  • Ostatnia sprawa: motywacja. Dlaczego chcesz osiągnąć swój cel? Zauważyłam, że jeśli cel wychodzi z negatywnych uczuć, to jest go ciężej osiągnąć. Na przykład: jeśli chcesz zrzucić 10 kg bo jesteś gruby i brzydki i się nienawidzisz to każda porażka (nawet na innym polu) czy gorszy dzień będą powodować mocne turbulencje w drodze do celu. Postaraj się wyjść z pozytywnego miejsca i pozytywnie podchodzić do tego co chcesz zrobić i każdego małego zwycięstwa po drodze. Wiem że to banał, ale… działa 🙂

A teraz oddaję Ci głos – jakie masz cele? Co się u Ciebie sprawdziło lub nie jeśli chodzi o ich realizację? Jestem ciekawa 🙂

 

“Polowanie na Wilka z Wall Street” – czyli czy wolę Wilka na wolności czy upolowanego?

“Wilka z Wall Street”* czytałam już jakiś czas temu, ale pamiętam, że pochłonęłam go w kilka godzin. “Polowanie na Wilka z Wall Street”* zajęło mi kilka tygodni. To chyba rozstrzyga sprawę 😉 

Absolutnie nie uważam, żeby “Polowanie na Wilka z Wall Street”* było złą książką. Podoba mi się styl pisania Jordana Belforta, cieszę się, że mogłam poznać jego dalsze losy, opowiedziane jego słowami.

Mam za to inny problem z tą książką. Otóż żeby dobrze mi się czytało potrzebuję w jakiś sposób utożsamiać się z autorem lub czuć do niego sympatię. Utożsamiać się nie za bardzo mam tutaj z czym, za to jeśli chodzi o sympatię… W “Wilku z Wall Street”* Jordan był łobuzem, ale dał się lubić. Jego przygody były szalone, ciągle się coś działo, czasem lepiej, czasem gorzej. Autor potrafił dostrzec swoje błędy, czasami za nie pokutował, a potem pakował się w kolejne kłopoty, które opisywał z właściwym sobie poczuciem humoru i autoironią. Do tego jedna z rzeczy, które po lekturze “Wilka z Wall Street”* bardzo mocno utkwiła mi w głowie, to że kochał swoją drugą żonę, Nadine. Miłością pokręconą, wyniszczającą, ale kochał.

W “Polowaniu na Wilka z Wall Street”* jest już inna historia. Zamiast złotych lat autor Jordan pokazuje swój upadek. Znajduje to też swoje odbicie w sposobie, jakim opowiada, w tym jak prezentuje sam siebie i całą sytuację. Znika gdzieś zadziorny, inteligentny, interesujący mężczyzna z problemami, a zastępuje go zgorzkniała i niestabilna emocjonalnie kupka problemów. Relacja z żoną też prezentuje się coraz gorzej. Przez całą pierwszą książkę na przemian uśmiechałam się, płakałam, współczułam lub kręciłam głową z niedowierzaniem. Przez drugą zaciskałam pięści i zastanawiałam się czy w wyobraźni walnąć go w nos teraz czy dać mu jeszcze jedną stronę.

Nie wiem, czy jest to celowy zabieg, przypadek czy tylko moja interpretacja, ale pierwsza książka jest według mnie lekka, rozrywkowa – tak jak tamten okres w życiu Belforta. Druga jest jak gorzka piguła, którą musiał przełknąć. Jeśli to celowy zabieg (jak podejrzewam), to uważam, że jest genialny. Dlatego też uważam, że książka jest bardzo dobra (pomimo, że wywoływała u mnie zgrzytanie zębów).

Myślę jednak, że jeżeli masz zamiar ją przeczytać ze względu na szalony tryb życia, jaki prowadził Wilk, to przy kontynuacji możesz się trochę rozczarować. Wciąż są tam nieprawdopodobne akcje, ale jednak umówmy się, że akcji z jachtem nic nie przebije ;).

Jest jeszcze jedna rzecz, która zwróciła moją uwagę. Pod koniec książki Jordan zdradza, w jaki sposób powstał jego styl pisania. Zawsze myślałam że po prostu nieco dostosowuje to jak pisze do tego, jak mówi. Okazuje się, że w więzieniu pracował nad swoim stylem. Trafił na książkę, która mu się spodobała, i wypisał (no dobra, zapłacił komuś, żeby wypisał za niego) wszystkie porównania – czyli to, co zrobiło na nim wrażenie. Przeanalizował je dokładnie, i na tym zbudował swój własny pisarski głos. Skojarzyło mi się to od razu z Jasonem Huntem (wtedy jeszcze Kominkiem), który kiedyś zdradził jak szlifował swój własny styl. Zapadło mi w pamięć, że zatrzymywał filmy na scenach powodujących duże emocje i wypisywał a potem analizował wszystko, co się na złożyło na taki a nie inny efekt. Nie wiem jak dla Ciebie, ale dla mnie to cenna wskazówka i motywacja 🙂

Podsumowując:
styl pisania (jeśli podobał Ci się styl “Wilka z Wall Street”spodoba Ci się jego kontynuacja)

+ pewne zamknięcie całej historii. Na początku pierwszej części i pod koniec drugiej pojawia się zdanie: “Jesteś tu gorszy od najgorszego śmiecia”. W pierwszej części udowadniał że tak nie jest, w drugiej… ekhem.

+ jeśli nawet nie czytałeś “Wilka z Wall Street”* nie powinieneś mieć problemów z Polowaniem na Wilka z Wall Street”* – wszystko co potrzebne do ogarnięcia fabuły jest zgrabnie przywołane. Z drugiej strony, jeśli “łykasz” obydwie części naraz, też nie powinieneś się nudzić – opis przywołanych wydarzeń nie jest tylko wierną kopią i nie zajmuje wiele miejsca w książce.

książka jest na faktach i opisuje nieprawdopodobne dla szarego człowieka wydarzenia – jest wciągająca.

bohater robi wszystko byleby go tylko nie polubić. Z uporem maniaka przekuwa wszystkie swoje plusy w minusy. Mi to akurat mocno przeszkadza w lekturze.

*linki partnerskie (jeśli kupisz książkę z tego linku, dostanę drobne wynagrodzenie – bez dodatkowego kosztu dla Ciebie)

Z plusów i minusów wynika że ocena powinna być 4/5 i taką wystawiam 🙂

Polowanie na Wilka z Wall Street

A Ty? Czytałeś? Co myślisz?

 

Ułatw sobie zadanie

Jest nowy nawyk, który chcesz wyrobić. Cel, który chcesz osiągnąć. Schudnąć, rzucić palenie, zacząć nitkować zęby, ćwiczyć… Cokolwiek. Idzie dobrze, do pierwszej przeszkody, kiedy wszystko się sypie. Ej, przecież już nie ma co się dalej starać, równie dobrze mogę odpuścić do kolejnego zrywu silnej woli.

Znasz to? Ja niestety tak. Skoro to czytasz, Ty pewnie też – ale nie martw się, nikomu nie powiem 🙂 Powiem Ci za to, co mi pomaga żeby jednak wytrwać w postanowieniach. Gotowy? Okay, więc mój sekret to:

Maksymalnie ułatwiam sobie zadanie.

To jest właśnie moja rada: jeśli nie możesz wprowadzić jakiegoś nawyku u siebie postaraj się jak najbardziej ułatwić sobie jego wykonanie i jak najbardziej utrudnić sobie zejście z wyznaczonej ścieżki.

Chcesz ćwiczyć? Super! Ustal sobie konkretne godziny w tym tygodniu. Umów się z przyjacielem na wspólne ćwiczenia – ciężej Ci będzie odmówić. Kiedy jeszcze jesteś pełen zapału i optymizmu przygotuj strój i cały potrzebny sprzęt, i postaw tak żeby prawie się o niego potknąć kiedy nadejdzie czas. Zrób wszystko, żeby ułatwić sobie zadanie.

Chcesz schudnąć? Proszę bardzo! Nie kupuj batoników i chipsów. Szczególnie zimą, prawdopodobieństwo że po nie wyjdziesz jest zdecydowanie mniejsze niż to, że zjesz jeśli masz pod ręką. Znajdź sobie inne zajęcie lub przekąskę jeśli wiesz że oglądanie seriali jest możliwe tylko z kubełkiem lodów. Miej pod ręką coś dobrego i zdrowego na wypadek, gdyby naszło Cię na bezwzględne żarłaczenie tu i teraz. Naucz się kilku popisowych zdrowych dań. Ułatw sobie zadanie.

Chcesz zacząć nitkować zęby? Tu ciekawie mówił Tim Pychyl w tym wywiadzie (po angielsku). Mówił o “przeddecyzjach”, które mogą nam mocno pomóc lub zaszkodzić. Podał to właśnie na przykładzie nitkowania zębów. Ponieważ mu to nie wychodziło, postanowił sobie że będzie wyciągać nić dentystyczną kiedy sięga po szczoteczkę do zębów i kłaść ją na zlewie. Potem, kiedy po umyciu odkłada szczoteczkę do zębów od razu łapie nić w dłoń. Na tym etapie głupio by było tych zębów nie pomęczyć jeszcze chwilę 😉

Do powstania tego wpisu zainspirował mnie znajomy, który postanowił rzucić palenie, ale zatrzymał wszystkie papierosy. Jakoś mu… nie wyszło 😉 Potem była mama, która na wieść o moim dość ograniczonym obecnie jadłospisie zaczęła piec po dwa ciasta dziennie. Ta kobieta potrafi piec, więc z diety nici – aż tak silnej woli nie mam. Chciałam też wstawać wcześniej żeby wyrabiać się ze wszystkimi obowiązkami, ale jakoś ciężko jeśli siedzisz do drugiej w nocy bez wyraźnego powodu.

Widzę, że problem jest dość powszechny, dlatego chciałam Cię dzisiaj zachęcić – zastanów się, z czym się zmagasz? Jaki nawyk chcesz wprowadzić, ale Ci nie wychodzi? Wybierz jeden i rozłóż go na części, nawet tak małe jak w przykładzie z nitkowaniem zębów 🙂 Potem zostanie Ci już tylko zacząć. Powodzenia!

 

Planner 2017 – przegląd plannerów na 2017 rok

Połowa listopada to chyba odpowiednia pora żeby zacząć rozglądać się za plannerem 🙂 Zapraszam Cię na przegląd (bez konkretnej kolejności).

Hey! Tutaj znajdziesz zestawienie plannerów na 2018 rok. Wpis poniżej nie jest już aktualizowany, więc zapraszam pod ten link po nowy przegląd.

 

Jeśli jesteś mężczyzną ułatwię Ci zadanie – możesz zerknąć na:

Jeśli jesteś kobietą wybór masz większy:

Happy planner

Ten idzie na pierwszy ogień bo taki miałam w 2016 roku. Więcej o nim pisałam też tu. Jest kilka wersji do wyboru: planer tygodniowy w formacie A5 oraz planery dziennie w formatach A5 i B5. Na stronie można ściągnąć darmowe arkusze żeby zobaczyć jak prezentuje się w środku. Typowo “babski” planer, z mnóstwem kwiatków i dodatków – mi akurat przypadł do gustu 🙂 Twarda okładka, 2 tasiemki – zakładki (moje dość szybko się odkleiły). Cena: 109 – 129 zł.


Minimal planner

Z tej samej firmy co Happy planner, ale wersja bardziej minimalistyczna, jak sama nazwa wskazuje 🙂 Są dwie wersje: tygodniowa i dzienna. Format A5, twarda okładka z tkaniny, liczba stron zależna od wybranej opcji. Gramatura papieru 90g/m2. Dodatkowe atrakcje: zamykany na gumkę, w środku 2 tasiemki, koperta z tyłu plannera i autorska mapa celów. Cena: 109 – 119zł.


Inspi planner

Spirala, twarda okładka, papier 80g/m2, 362 strony. W środku kalendarz miesięczny, kalendarz dzienny z harmonogramem i listą zadań, 120 inspiracji i ponad 70 cytatów. Dodatkowo roczna mapa celów, skrócony kalendarz roczny i notatnik. Cena: 94 – 108zł. Sklep z tego co widzę już nie istnieje, tak samo jak instagram i fanpage. Szkoda!


Zaplanuj swój sukces

Kilka wersji plannerów, niektóre na spirali, niektóre książkowe. Format A5, papier 90g/m2. Ceny: 29 – 109 zł (nie wszystkie są na cały rok). Przykładowe zdjęcie:

Wszystkie modele plannerów dziennych powróciły do sprzedaży 😍 💎www.zaplanujswojsukces.pl 💎 #powrocilyplannery #mamynadziejezewystarczy #zaplanujswojsukces #plannerdzienny #plannerysukcesu #planner #golddiamonds #navygraystripes #mistygray #powderpink #blacknight #stonegray #militarygreen #silvermist #lagoongreen #twojsukcesjestwtwoichrekach

A photo posted by Zaplanuj Swój Sukces (@zaplanujswojsukces) on


Simple planner

Organizer półroczny. Można go zacząć wypełniać w dowolnym momencie bo nie ma dat. Format A5, twarda okładka, papier 100g/m2, 320 stron. Podobno jest dosyć ciężki. Dodatkowe atrakcje: 2 tasiemki, cele roczne, plan rozwoju osobistego, plan czasu realizacji wyznaczonych celów, miejsce na dodatkowe notatki, plan finansowy, lista prezentów świątecznych, party planner, kreatywny miesiąc. Niżej jest jeszcze Simple Calendar z tego samego sklepu. Przykładowe zdjęcie plannera:


Planer biznesowy Rebel’s Agenda

Planner półroczny, w kilku kolorach, panowie też powinni wybrać coś dla siebie. Format A5, 192 strony, gramatura nie jest podana. Można zacząć wypełniać go w dowolnym momencie, nie ma dat. Dodatkowe atrakcje: 3 tasiemki, brelokowa pętelka, 15 różnych projektów stron, 8 biznesowych narzędzi. Cena: 90zł. Przykładowe zdjęcie:


Planer Pani Swojego Czasu: 

(link afiliacyjny)

Komplet 3 zeszytów (po 208 stron każdy), które starczą na pół roku planowania. Okładka miękka, format A5, papier 100g/m2. Dodatkowe atrakcje: gumka spinająca papier, w środku m.in.: miejsce na notatki, plany, cele długoterminowe i marzenia, rady Pani Swojego Czasu i motywujące cytaty. Cena: 98zł. Przykładowe zdjęcie:

Niedziela jest dla mnie idealnym czasem na planowanie – jestem wypoczęta po weekendzie i pełna oczekiwań na to, co przyniesie tydzień. Uwielbiam planować – ale nie dlatego, że jest to przyjemna czynność – lecz dlatego, że dzięki temu widzę jak będę szła do przodu i jak się będę rozwijała. Planuję też realnie i moje plany nie są od czapy, dlatego pózniej nie narzekam, że “plany sobie, a życie sobie”. A dziś mam bonus, bo będę planować nie tylko swój tydzień (to akurat standard) ale także cały półroczny projekt malarski, w którym biorę udział 😄😄😄 #psc #paniswojegoczasu #planer #planerpsc #plannergirl #plannerlove #planneraddict #dzieńdobry #dziendobry #planning #goodmorning #weekend #niedziela #sunday #relax #relaks

A photo posted by ZARZĄDZANIE CZASEM DLA KOBIET (@paniswojegoczasu) on


Simple calendar

Czytając opis mam wrażenie że to też bardziej planner niż kalendarz. Ponownie twarda okładka, format A5, papier 90g/m2, 384 strony, 2 tasiemki. Dodatkowe atrakcje: cele roczne, rozwój osobisty, domowy plan finansowy, plan kreatywnego miesiąca, top zadania miesiąca, lista ważnych numerów telefonicznych i stron internetowych, notatki. Cena: 120zł.


Projekt Twoje Życie

Format B5, 216 stron, skóropodobna, czarna oprawa.  Kalendarz dedykowany głównie dla przedsiębiorców, freelancerów, coachów itp. Dodatkowe atrakcje: miejsca na notatki, ćwiczenia coachingowe, miejsca na wyznaczanie celów rocznych, kwartalnych, miesięcznych i tygodniowych, inspirujące cytaty i artykuły z dziedziny rozwoju osobistego, miejsce na robienie podsumowań oraz temat przewodni na każdy miesiąc. Cena: 69zł.


Kalendarz Scrap & Plan

335 stron na cały rok, twarda okładka, format A5, papier satynowy 100g/m2. Cena: 99zł, możliwość dodatkowej personalizacji (+20zł). Dodatkowe atrakcje: notatki, ilość wody wypitej w ciągu dnia, wykonane ćwiczenia, dzienne wydatki, menu na dany dzień, skrócony kalendarz miesięczny. Przykładowe zdjęcie:


Lady Planer

Planer z dużą możliwością personalizacji, zarówno wnętrza, jak i okładki, zapraszam na stronę po więcej szczegółów. Format A5, okładka na spirali, do wyboru miękka lub twarda. Cena: 115zł. Uwaga: osoby, które napiszą do Lady Planner wiadomość na Facebooku że przychodzą ode mnie (kliknijcie w zdjęcie poniżej i was przeniesie) – dostaną kod rabatowy na zakup plannera w cenie 99 zł (+ koszt przesyłki). Prawda, że miło? 🙂
W tej chwili oficjalna strona sklepu jest w przebudowie, wciąż można zamawiać przez Facebooka, a kiedy prace się zakończą podlinkuję też do nowej strony 🙂


Organizer Aliny z Design Your Life

Nie ma dat, więc można zacząć jego wypełnianie w dowolnym momencie. Starcza na pół roku. Format A5, spirala, twarda okładka z magnetycznym zamknięciem, papier o gramaturze 90g/m2. Dodatkowe atrakcje: plan roku, miejsce na notatki, miesięczne cele i nawyki, plan udanego tygodnia. Cena 79zł.


Planner CEO dzienny i tygodniowy Norinommo

Będzie nadawał się też dla panów. Chociaż jest reklamowany jako planer dla szefów i osób decyzyjnych myślę że nie tylko oni mogliby z niego korzystać. Planner całoroczny, z dużą ilością stron (588 – dzienny, 272 – tygodniowy), twarda okładka, papier o gramaturze 90g/m2. Format B5. Dodatkowe atrakcje w zależności od wybranej opcji. Cena: 119zł.

📚 PLANNERY Norinommo NA 2017 r. dla przedsiębiorczych i aktywnych. Wszystkie sprawy zawodowe i prywatne zaplanujesz teraz w jednym miejscu. Bez dodatkowych notesów, kartek. Trzy specjalnie zaprojektowane układy cześci terminarza tak, abyś mógł wybrać ten idealny dla siebie +mnóstwo dodatkowych funkcji dzięki, którym dbasz o rozwój biznesu, o rozwój osobisty i życie prywatne. Kontrola, spokój i pewność, że pamíętasz o wszystkim co ważne – czy jest to spotkanie z kontrahentem, urodziny żony, święto czy pora na zapłacenie OC. Mnóstwo miejsca na notatki, cele, plany, marketing, projekty, monitorowanie postępów i wiele innych. Wejdź na norinommo.com i wybierz planner, z którym ze spokojem zaplanujesz następny rok swojego życia. #biznes #biznesplaner #kalendarz #terminarz #planner #planer #norinommo #na2017 #wpracy #cele #zarządzanieczasem #coaching #szkolenie #firma #warszawa #poznań #planner2017 #marketing #rozwój #businesswoman #CEO #bloger #mydesk #planowanie #organizacjaczasu #kalendarz2017 #agenda #notatki #plan #plandnia

A photo posted by Norinommo (@norinommo) on


Minimalistyczny kalendarz Midori MD Paper

Kalendarz, planner i notatnik w jednym. Kalendarz całoroczny, 385 stron, format A5. Powinien nadać się również dla panów. W sklepie jest też wersja A6 oraz inne minimalistyczne plannery, polecam sprawdzić wszystkie. Cena: 105 – 150zł (w zależnosci od formatu).


Planner Made to Plan

Wykonywany na zamówienie z Etsy – duże możliwości personalizacji okładki. Nasz polski, ma ponad 150 dobrych ocen. Na spirali, z gumką trzymającą wszystko w miejscu i wkładem który można dostosować do własnych potrzeb. Dodatkowe atrakcje: kontakty, miejsce na notatki. Na 12 miesięcy, możesz zacząć go wypełniać kiedy tylko chcesz. Cena: ok. 110zł. Przykładowe zdjęcia:

 


Miss Planner

Różne rodzaje plannerów – na cały rok, na pół roku, 3 miesiące, format A6, format A5, czego tylko potrzebujesz. Papier 115g/m2. W formie mini-segregatora z wymiennymi wkładami – możesz sobie kupić jaki tylko chcesz. Cena: 119 – 149zł. Przykładowa okładka:

 


Przykładowy środek:


Organizer Właśnie dzisiaj

Bardziej chyba kalendarz moim zdaniem. Minimalistyczny. W opisie też 🙂 Cena: 45zł. W sklepie jest też zwykły książkowy kalendarz. Przykładowe zdjęcie:

Jak mija Wam tydzien? U mnie bardzo pracowicie 😊

A photo posted by Agata Czajkowska (@wlasniedzisiaj) on


Kalendarz – planner Dobrze Zorganizowanej

Format B5, twarda oprawa. Kalendarz zawiera 160 stron, w tym: plany i cele na 2017r. – 4 strony, listy to do – 12 stron, notatnik – 8 stron, finanse – 2 strony, plany na 2018 – 2 strony. Dodatkowe atrakcje: 3 tasiemki, koperta na papierowe bibeloty. Cena: 99zł. W sklepie jest też planner dzienny w formie 50 stron do wypełniania (coś w stylu notatnika do wyrywania stron) za 10,90zł. W tej chwili nie ma go w sklepie, więc linkuję do całego sklepu, w razie gdyby się pojawił. Przykładowe zdjęcie kalendarza:


Projekt Planner

W tej chwili kolekcja na rok 2017 jeszcze nie jest na stronie, za to jest już zapowiedziana. Przykładowe zdjęcie plannera:


Wonder planner 

Twarda okładka, spirala, 176 stron, waga 370g, papier 80g/m2. Dodatkowe atrakcje: harmonogram dnia, lista priorytetów, tabela posiłku oraz aktywności fizycznej danego dnia, kwartalne cele finansowe, zawodowe, prywatne i sportowe, warte uwagi książki, wydarzenia, miejsca i filmy na każdą porę roku, postanowienia noworoczne, planner urlopu, kontakty, notatki, kieszeń na drobiazgi. Cena: 79zł.

 


Balancy.me Calendar

Nowość od Niebałaganki 🙂 Minimalistyczny kalendarz w formacie A5. Gramtura papieru: 90g/m2. Starczy na rok lub dłużej – nie ma dat więc możesz zacząć wypełniać go kiedy tylko chcesz. Dodatkowe atrakcje: 2 wstążki, cele i plany na najbliższy rok, listy to-do, harmonogramy, harmonogram sprzątania, miejsce na notatki i koperta na papierowe bibeloty. Na stronie są też inne plannery. Cena: 96zł. Wnętrze możecie podejrzeć TUTAJ, a przykładowe zdjęcie poniżej:


Happy November! 🖇📆🍂

A photo posted by balancy.me (@balancy.me) on


THE HAPPY PLANNER™

Planner na 18 miesięcy – od lipca 2016 do grudnia 2017 roku. Jest kilka wersji, także np. dla osób dbających o sylwetkę (ten akurat jest na 12 miesięcy, bez zaznaczonych wcześniej dat więc możesz zacząć go wypełniać kiedy tylko chcesz). Plannery można dowolnie zmieniać i poszerzać o dodatkowe moduły, można też “wyciągać” z nich kartki. O tym jak to działa opowiada filmik:

Na stronie są też filmiki pokazujące wnętrze konkretnych modeli. A tutaj przykładowe okładki:


Zdjęcie główne do wpisu też pokazuje planner z tej serii 🙂


Planner Kleks – Papierniczeni

Planner na 54 tygodnie, format “kwadratowe A5”, 200 stron o gramaturze papieru 100g/m2. Dodatkowe atrakcje – do każdego kalendarza tygodniowego jest dodatkowa strona w kropki na notatki. Kalendarz można położyć na płasko i można też zacząć jego wypełnianie w dowolnym momencie. Przykładowe zdjęcie:


Planer Organizer Kalendarz OgarniamSię

Planer w segregatorze, z wymiennymi wkładami (są trzy do wyboru). Każdy wkład starcza na trzy miesiące. Jest możliwość personalizacji okładki, wyboru wkładów i przekładek. Cena: 53 – 75zł. Przykładowe zdjęcie:


Planer 2017 Anato 

Planer do wyboru w dwóch wielkościach: 20x24cm i 12,5×15,5cm. Na spirali, okładka we wzór kwiatowy. 208 stron, papier 90g/m2. Bez zbędnych udziwnień w środku. Daty wpisuje się samemu więc można zacząć korzystać w dowolnym momencie. Cena: 38 – 78 zł (w zależności od formatu). Przykładowe zdjęcie:

Stary, dobry, poczciwy Moleskine

Tego pana chyba przedstawiać nie trzeba. Funkcjonalności też będą zależeć od konkretnego modelu, a na rynku jest ich bez liku. Ceny mniej więcej od 70 do 150zł.

 


Bullet journal (ang.)

Rozwiązanie typu “zrób to sam” – w dowolnym zeszycie, jak chcesz, gdzie chcesz. Więcej o tym pisała m.in. Agnieszka i Angelika. Bujo Angeliki:

my minimalistic and colorful BuJo #BulletJournal #bujo #productivity #tasklist #todo #organised

A photo posted by Angelika Yzoja Borucka (@yzoja) on

Bujo Agnieszki:

  • Najnormalniejszy w świecie i najbardzie popularny Kalendarz Google;
  • Asana – ostatnio zaczęłam używać i choć nie odkryłam jeszcze wszystkich funkcji, ale na razie to mój faworyt – jest kalendarz, są zadania, są projekty, można się tymi zadaniami dzielić z innymi (ha!). Z tego co widzę jest tylko po angielsku (choć mogę się mylić), ale nie powinno być to problemem, jest dość intuicyjna w obsłudze. Można jej używać za darmo.
  • Nozbe – kolejna angielska aplikacja, która często przewija się w rozmowach o plannerach. Sama nie korzystałam, ale wydaje mi się to bardziej narzędzie do zarządzania listą zadań i projektami, także z innymi osobami. Jeśli takie podejście jest tym, czego potrzebujesz to przez 30 dni możesz przetestować to rozwiązanie za darmo.
  • Trello – znów angielska aplikacja która ma grono zagorzałych fanów. Można tam tworzyć różnego rodzaju tablice, listy, wklejać linki i dzielić się tym z innymi (np. listą sprzątania na weekend z mężem :D). Ponownie, nie jest to stricte planner, ale być może jego funkcjonalności przypadną Ci do gustu. Można korzystać z niego za darmo.
  • Weekplan – po angielsku, coś co znalazłam zbierając materiały do tego wpisu – być może Cię zainteresuje? Z tego co widzę ma integrację z kalendarzem google, ma podział na tygodnie, życiowe role (np. przedsiębiorca, mąż, hodowca chomików) i cele (np. mieć więcej chomików). Jeśli używasz lub masz zamiar proszę podziel się opinią 🙂

 

Czuję że od samego pisania tego artykułu 2017 będzie najlepiej zaplanowanym rokiem w moim życiu. Teraz nie pozostaje nic innego jak rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady 😉
Spokojnie, wciąż dotrze tam do mnie Twój komentarz czy wpis był przydatny i czy znalazłeś coś dla siebie 🙂 Jeśli pominęłam coś ważnego też daj mi proszę znać, a jeśli znasz kogoś kto też poszukuje plannera dla siebie będzie mi bardzo miło jeśli podzielisz się tym wpisem.

PS. Zajrzyj też do komentarzy, wpis będę uzupełniać tylko o polskie pozycje, a np. Koralina dzieli się też inną 🙂

Podsumowanie: październik 2016

Heloł heloł, dziś zapraszam Cię na podsumowanie października 🙂 Na pierwszy ogień piękna podwójna tęcza, dowód że jednak czasem warto wychodzić w taką jesienną pluchę:

herbalicja

A więc co robię?

Jestem emerytem 🙂 Początek października był szalenie zimny i nieprzyjemny i włączył mi się tryb “przetrwalnikowy” – co oznacza że trzeba zrobić z siebie naleśnika – podkocnika i nie wyściubiać nosa aż do maja. Zresztą sami zobaczcie: te dwa zdjęcia dzieli kilka dni:

herbalicja

Raz na krótki rękawek, raz w rękawiczkach zimowych. Obydwa zdjęcia robiła moja przyjaciółka z którą wybrałam się na targ śniadaniowy. Jak się skończyło, pisałam na Facebooku:

Szalik jest dla mnie najbardziej uniwersalną częścią garderoby – służył mi już jako poduszka, czapka, parasolka, sweter, a ostatnio też jako siatka na nieoczekiwane grzyby.

Oprócz tego dużo czytam, dużo łażę po lasach, dużo wkurzam kota.

Dogadzam sobie też kulami do kąpieli z Ministerstwa Dobrego Mydła (zajrzyjcie na ich fanpage na Facebooku, dziewczyny są przefajne <3). Jak na razie wygrywa różana, chociaż tuż po otwarciu paczki spodziewałam się że faworytem będzie miodowo-mleczno-owsiana. Jeśli się zdecydujesz na taką kulę to uwaga przy wychodzeniu z wanny – będzie porządnie natłuszczona (tak jak Ty, ale u Ciebie to dobry znak). Za to kiedy już wyjdziesz bez szwanku to istnieje duże prawdopodobieństwo że będziesz się potem wąchać i głaskać pół nocy 😉

No to siup do kąpieli 😊z nową bombą od @ministerstwodobregomydla pora na domowe mini-spa! 💅

A photo posted by Herbalicja (@herbalicja) on

Dieta w październiku poległa, szczególnie kiedy przyjechała mama i zaczęła piec po dwa serniki dziennie. A wierz mi, ta kobieta potrafi piec serniki, oj, potrafi. Ten na zdjęciu niżej jest z zamierzchłych czasów i podobno “nie wyszedł”. Tym razem wszystkie wyszły. Na tyle dobrze że nie było czasu na robienie zdjęć 😉

Zachęcona sukcesem mamcia postanowiła uwiecznić ogórki małosolne (mam jakieś 123 zdjęcia tych ogórków), ale niestety, sernika nie przebiły 😉 Chociaż jeśli chcesz dać żebrolajka pod tym zdjęciem na instagramie to zapraszam, będzie jej miło 🙂

Od niedawna jestem też odpowiedzialna za opracowanie kolorystyki itp. i obrazki z cytatami na “Wilk Alfa”, gdyby ktoś chciał zerknąć:

Co czytam?

herbalicja

W październiku przeczytałam “Bądź zdrowa Lizbono” Any Veloso. Kiedyś, jeszcze na studiach, znalazłam w antykwariacie jej książkę pt.: “Zapach kwiatów kawy”. *) Od razu przyciągnęła moją uwagę – była tania, gruba, ładna, w twardej okładce i pobudzająca wyobraźnię (jak pachną kwiaty kawy?). Jak się pewnie domyślasz spodobała mi się skoro kupiłam następną tej samej autorki 🙂 Na “Lizbonę” natknęłam się przypadkiem w Biedronce. Obydwie książki to romanse z ważnymi historycznymi przemianami społecznymi i politycznymi w tle – nie każdemu przypadną do gustu 🙂 Co mnie urzeka to to, że główna historia opowiadana jest często przez historie pobocznych postaci a wszystko tworzy zgrabną całość. Obydwie powieści są jednocześnie egzotyczne (przez miejsca i czas, w którym dzieje się akcja) i jednocześnie takie… swojskie – nie są cukierkowe, realistycznie pokazują problemy które mogli mieć “tamci” ludzie.

herbalicja

Szczerze mówiąc bardziej podobał mi się “Zapach kwiatów kawy” – polubiłam główną bohaterkę i przez całą książkę mogłam się do niej przywiązać. W “Bądź zdrowa Lizbono” mamy kilka pokoleń i jakoś ciężko mi było nawiązać “nić porozumienia” z bohaterami – a dla mnie to jedna z ważnych cech książki 😉 Niemniej jednak była ciekawa i z chęcią ją pochłonęłam 🙂

herbalicja

Co na blogu?

Kulinarnie na blogu królowała dynia – razem z dziewczynami zrobiłyśmy akcję dyniową, w ramach której zrobiłam dla was:

W listopadzie królować będzie cynamon, chociaż nie wiem czy i ile przepisów uda mi się dodać. W razie czego z dowolnego przepisu dyniowego możecie przejść do pozostałych dziewczyn biorących udział w akcji i tam podejrzeć co one przygotowują 🙂

Rozwojowo próbowałam Cię namówić żebyś ruszył tyłek i przestał odkładać na później:

Z tej serii planuję jeszcze jeden post i damy sobie na razie spokój z tematem – powinieneś być tak zmotywowany żeby nie mieć z tym problemów przez długi czas 😉

Ukazało się też podsumowanie września, jeśli interesuje Cię historia starożytna 😉

herbalicja

A u Ciebie co ciekawego działo się w październiku?

*) link afiliacyjny

Prokrastynacja – jak walczyć z odkładaniem na później?

Prokrastynacja

Dzień dobry! To ja, Twoja przyjaciółka prokrastynacja. Pamiętasz ten projekt, na którym tak Ci zależy? Jest świetny! Zróbmy go… jutro. A, miałeś się uczyć? Jasne, genialny pomysł! Potrzebujesz tylko coś zjeść żeby potem mieć siły, zrobić sobie herbaty i… o, widzisz jak tu brudno? To najlepszy czas żeby zacząć robić porządki w szafce. Przecież inaczej nie będziesz mógł się skupić!

Też znasz tą panią? Nie jest najlepszym doradcą, a tak czy siak czasem jej słucham. Ty też? Dzisiaj będzie trochę o tym jak wyprosić ją ze swojego życia. Najpierw jednak wypadałoby ją przedstawić i powiedzieć, skąd przyszła.

Prokrastynacja to dobrowolne odkładanie na później czegoś, co chcemy zrobić. To nie lenistwo, bo leniwy nie ma wyrzutów sumienia kiedy nie robi tego co powinien. Ktoś kto ma problem z prokrastynacją takie wyrzuty ma.

Nie chcę Cię zanudzać niepotrzebnymi faktami, ale sama nazwa prokrastynacja (łac. procrastinatio – odwlekanie) wywodzi się pierwotnie z łac. “pro crastinus”, czyli “na jutro, od jutra”. Znaczy to mniej więcej tyle, że nawet ci szalenie mądrzy starożytni mieli z tym problem. Ha! Teraz też nie myśl sobie że jesteś wyjątkowy bo odkładasz to, co trzeba zrobić. Nie odkładasz bo coś jest z Tobą nie tak, tylko dlatego, że jesteś człowiekiem. Wszyscy czasami prokrastynujemy. W mniejszym lub większym stopniu, ale każdemu się zdarza. Beyonce też.

Jak sobie z tym radzić?

Po pierwsze: ciężko jest zabrać się do pracy kiedy w ogóle nie wierzysz że uda Ci się swój cel osiągnąć. Kiepsko też z motywacją jeśli pracę musisz włożyć już teraz a na efekty trzeba długo czekać.

Na pierwszy problem dobrze działa wspierające środowisko, ludzie, którzy w Ciebie wierzą i pomagają a nie przeszkadzają. Nie umniejszaj efektu takich przyjaciół, szczególnie jeśli zmagasz się z problemami z samooceną.

Na obydwa problemy pomagają za to mikrocele. Co to znaczy? Ano to, że dzielisz swój wielki cel na małe porcje i łykasz po kawałeczku. Wykonanie malutkiego zadania daje nagrodę o wiele szybciej, dodaje pewności siebie i rozpędu do wykonania kolejnego małego zadania. Warto pamiętać żeby pod wpływem radości z wykreślenia podpunktu nie dowalić sobie 7 kolejnymi albo jednym byczym, tylko trzymać się metody małych kroczków 🙂

Dobrze jest mieć większy plan prowadzący do dużego celu i dzielić go sobie jeszcze na listy zadań np. na każdy dzień. Bardzo ważne jest też żeby nie kończyć pracy bez planu na kolejne “posiedzenie”. Wstając powinieneś mieć jasno określone co będziesz robić następnym razem. Inaczej jest duże prawdopodobieństwo że zaczniesz odkładać “na jutro” i ani się obejrzysz a minie pół roku 😉 To co zauważyłam u siebie to że konkretne zadanie powinno być proste i powinnam umieć sobie wyobrazić siebie robiącą i kończącą dany etap. Jeśli to co mam zrobić jest zbyt duże na jeden raz lub nie do końca jasne to znak że trzeba podzielić zadanie jeszcze bardziej.

Zrób sobie też przysługę i kiedy pracujesz nad tym na czym Ci zależy zajmij się tylko tym. Wyłącz wszystko co może Cię rozpraszać, nie udawaj sam przed sobą że jesteś bardziej produktywny sprawdzając “w międzyczasie” maile. Skoro tu jesteś i czytasz to znaczy że takie działanie Ci nie służy 😉 Walka z prokrastynacją i samodyscyplina są wystarczająco trudne, proszę, nie utrudniaj ich sobie dodatkowo. Skoro zaszedłeś już tak daleko, wyznaczyłeś mikrocele i zasiadłeś do pracy szkoda by było ten czas zmarnować 🙂 Bądź szczery sam ze sobą i przez wyznaczony czas postaraj się uczciwie zająć tylko tym jednym.

Czasami mimo wszystko ciężko jest się zabrać za pracę i trzeba wesprzeć samego siebie 😉 Czytałam kiedyś o badaniu w którym wykazano, że młodzi ludzie, którzy zobaczyli komputerowo postarzoną wersję siebie chętniej odkładali na swoją emeryturę. Powód? Ta “starsza wersja” ich samych stała się im bliższa. Warto to wykorzystać 🙂 W momencie kiedy masz wielką motywację i przypływ optymizmu nagraj dla siebie filmik lub napisz list, w którym opiszesz dlaczego chcesz osiągnąć swój cel, co Ci to da, jak się wtedy będziesz czuł… Sam siebie znasz najlepiej, wiesz, na czym zależy Ci najbardziej i jak Cię przekonać – zrób to jak najlepiej i puszczaj sobie w trudnych chwilach. Powinno pomóc zabrać się do roboty 🙂

Inna sprawa jest taka, że wcale nie potrzebujesz być w nastroju czy mieć niesamowitą motywację żeby podjąć działanie. Potrzebujesz po prostu zacząć. Pisałam o tym więcej TUTAJ. W skrócie chodzi o to, żeby, wena czy nie wena, wyznaczyć sobie konkretny czas na pracę i po prostu się za nią zabrać. Kiedy już ten czas nadejdzie nie podchodź do tego na zasadzie “muszę zrobić x”, “muszę skończyć y”. Zamiast tego powiedz sobie że teraz przez 20 minut będziesz zajmował się y albo teraz przez pół godziny zajmiesz się tymi małymi zadaniami. Czasami jeśli o tym zapominam to te 20 minut zamiast zasuwać martwię się tym jak wiele trzeba zrobić, więc uważaj żeby i Tobie się to nie przytrafiło 😉

To prowadzi nas do kolejnego punktu – jesteśmy ludźmi. Wiesz już, że wszyscy czasem coś odkładamy na później. Powiem Ci więcej – nawet jeśli zastosujesz się do wszystkich rad i wypracujesz sobie własne sposoby i tak czasem wciąż od czasu do czasu będziesz się przyłapywał na prokrastynacji. Co wtedy?

Po pierwsze: wybacz sobie. Jeśli zaczniesz sam na siebie psioczyć to nic Ci to nie da oprócz jeszcze gorszego samopoczucia i wstydu, który tylko pogorszy sytuację. Jeśli naprawdę chcesz walczyć z prokrastynacją to o wiele lepszym rozwiązaniem będzie zastanowić się dlaczego tym razem odkładasz na później i powoli się z tym uporać. Pomocne może być ustalenie sobie “reguł” na najczęstsze przewinienia, np.: “Jeśli złapię się na przeglądaniu Facebooka zamknę przeglądarkę i wrócę do pracy.”, “Jeśli zauważę że siedzę w kuchni robiąc piątą pod rząd herbatę to przestanę się kręcić jak smród po gaciach i wrócę do pracy”. Miej wysokie standardy, ale nie obwiniaj się jeśli Ci nie wyjdzie – po prostu staraj się jak najlepiej potrafisz i miej świadomość, że będą wzloty i upadki.

Zadbaj o siebie

Wiesz jaki powód najczęściej podają ludzie zapytani o to, dlaczego odkładają na później? Przemęczenie i stres. Jeśli chcesz być mistrzem produktywności i cieszyć się z jej owoców potrzebujesz o siebie zadbać. Dowiedzieć się, jaki jest Twój najważniejszy nawyk, zatroszczyć się o swoje zdrowie. Pracować mądrzej, a nie dłużej. To że siedzisz 12 godzin na dobę wcale nie znaczy że jesteś lepszy albo że pracujesz wydajniej niż gdybyś pracował nad tym 8 godzin. Jeśli nie chcesz swojej zguby, równowagę wprowadź, luby! 🙂

Podsumowanie:

  1. Wszyscy czasem odkładamy na później.
  2. Postaraj się o wsparcie otoczenia.
  3. Wyznacz mikrocele prowadzące do tego, co chcesz osiągnąć.
  4. Przygotuj szczegółowy plan działania obejmujący najbliższe kroki.
  5. Zawsze kończ pracę wiedząc, co trzeba zrobić następnym razem.
  6. Nie potrzebujesz weny. Po prostu zacznij.
  7. Nie skupiaj się na efekcie, a na działaniu (“będę się uczyć przez 30 minut” zamiast “muszę się nauczyć na kolokwium”).
  8. Skup się na jednej czynności naraz. Multitasking jest be.
  9. Jeśli przyłapiesz się na prokrastynacji – wybacz sobie, wyciągnij wnioski i ruszaj dalej.
  10. Zadbaj o siebie – przemęczenie to główny powód prokrastynacji!

Jeśli wolisz graficznie, proszę bardzo:

herbalicja

Źródła i dodatkowe linki: 

  1. Czekasz na wenę? Po prostu zacznij – mój tekst o tym, że wcale nie potrzebujesz idealnych warunków żeby zabrać się do pracy. Kilka punktów się powtarza, bo też do każdego co innego  trafi 🙂
  2. Boję się zacząć – co jeśli masz jakiś projekt, blog, biznes, który siedzi Ci w głowie i nie może z niej wyjść, lub jeśli masz problemy z przeskakiwaniem z kwiatka na kwiatek.
  3. Co teraz? – jeśli próbujesz na przykład zdrowiej żyć – ale “od poniedziałku”.
  4. Najważniejszy nawyk – czyli pierwsze pytanie jakie powinieneś sobie zadać, jeśli chcesz zacząć o siebie dbać.
  5. Wikipedia o prokrastynacji, też o lękach które mogą ją wywoływać.
  6. Etymologia słowa prokrastynacja.
  7. Dr Piers Steel – “The procrastination equation. How to stop putting things off and start getting things done.” *)
  8. Timothy A. Pychyl – “Solving the procrastination puzzle”. *)

*) Link afiliacyjny.

Boję się zacząć

Ostatnio zachęcałam Cię do tego żebyś po prostu zaczął. Dzisiaj pogadam sobie z Tobą co jeśli boisz się zacząć. Będzie bardziej w odniesieniu do przedsięwzięć biznesowych, ale myślę że spokojnie można to przełożyć też na te całkiem niebiznesowe cele 🙂

Ten tekst jest dla Ciebie, jeśli:

  • masz wspaniały pomysł na biznes, produkt, usługę, post blogowy, ale wciąż odkładasz jego realizację na później. A może masz już coś na myśli ale zwlekasz z założeniem swojego biznesu/bloga już od jakichś 17 miesięcy? Piszę o Tobie 🙂
  • wciąż zmieniasz zdanie – jednego dnia chcesz realizować ten pomysł/strategię, a następnego totalnie co innego wydaje Ci się najlepsze na świecie i na tym się skupiasz – do pierwszej porażki / trudności / kolejnego pomysłu* (*niepotrzebne skreślić). Jeśli Twoja rodzina i znajomi widząc jak otwierasz usta z westchnieniem pyta: “Eh, no dobra, to jaki biznes prowadzisz w tym miesiącu?” – to piszę o Tobie 🙂

Brzmi znajomo? Dla mnie bardzo, dlatego właśnie do Ciebie piszę – mam całkiem spore doświadczenie 😉 Jednym z przykładów niech będzie ten blog – w mojej głowie siedział… prawie dwa lata. Brawo, ja! A wracając do tematu…

Strach

Boisz się. Stawiasz swój pomysł wysoko, wysoko na piedestale. Dopóki jest w Twojej głowie może do woli rosnąć i odnosić sukcesy. Nie trzeba wkładać w niego 3,5 tony pracy, nikt go nie wyśmieje, nie trzeba będzie wystawiać go na widok publiczny i czekać na reakcję.

Jeszcze gorzej, jeśli jesteś perfekcjonistą, a gorzej do kwadratu jeśli zaczniesz szukać jak sobie poradzili inni ludzie z pomysłem podobnym do Twojego. Jest niesamowicie duże prawdopodobieństwo, że znajdziesz tylko tych, którzy odnieśli największy sukces, zobaczysz wszystko co u nich najlepsze i porównasz z tym, co u Ciebie najgorsze. To co, lepiej się w ogóle za to nie zabierać, prawda?

  • Nie jestem w stanie zrobić tego tak jak sobie wymarzyłem.
  • Ktoś inny robi to lepiej.
  • Ten pomysł urósł do takich rozmiarów że już mnie przerasta.
  • Boję się, jak zareagują bliscy / znajomi / rynek.
  • Nie podołam takiej ilości pracy.
  • Jest zbyt duże ryzyko że się nie uda.

Potrafisz się gdzieś tutaj odnaleźć?

Oto przykłady rozwiązań, które mogą Ci pomóc:

  • Jeśli dopiero zaczynasz cokolwiek i martwisz się, jak zareagują najbliżsi proponuję szczerą rozmowę: jeśli tylko masz taką możliwość daj im znać jak bardzo zależy Ci na ich zdaniu i wsparciu. Powiedz, że ich reakcja może pomóc Ci rozłożyć lub podciąć skrzydła. Taka szczerość jest cholernie trudna, ale w wielu przypadkach bardzo pomaga, oczyszcza atmosferę i daje lekkość w sercu i motywację do działania 🙂
  • Jeśli boisz się wprowdzić nowy produkt / usługę spytaj dotychczasowych klientów lub swoją grupę docelową o zdanie. Jeśli nie masz jeszcze takich osób to zrób burzę mózgów i zastanów się, gdzie je odnaleźć – i tam się pojawiaj. Może to będzie grupa na Facebooku, może targi i konferencje dla konkretnej branży (nie Twojej, klienta!), a może coś zupełnie innego?
  • Jeśli masz już swoje grono odbiorców możesz spróbować wypuścić swój produkt / usługę w wersji beta, do przetestowania i ewentualnego poprawienia. Bardzo często aplikacje są wypuszczane właśnie w takiej wersji. Nie chodzi o to, żeby wypuszczać buble, ale bezkosztowo lub bardzo niskim kosztem sprawdzić swój pomysł.
  • Warto poszukać swojego biznesowego mentora, coacha lub grupy mastermindowej, dzięki czemu będziesz mieć możliwość konsultowania i weryfikowania swoich pomysłów i wymiany wiedzy, a dzięki temu minimalizowania ryzyka.
  • Zanim jeszcze zaczniesz promować, a najlepiej nawet i tworzyć swój produkt, pomyśl, w jaki sposób pomoże on Twojemu klientowi. Jakie odniesie z niego korzyści? Wypisz ich jak najwięcej, dzięki temu będzie Ci nie tylko łatwiej trafić z nim do odpowiednich ludzi, ale też tworzyć go z określonym zamysłem.
  • Dodatkowo pamiętaj: jeśli nikomu nie powiesz to nikt tak naprawdę nie będzie wiedział jak Ci poszło. To trochę pocieszające 😉

Jeśli Twoim problemem jest przeskakiwanie z kwiatka na kwiatek:

  • Zanim znów zmienisz zdanie, złap pomysł, który masz teraz i naprawdę szczerze poświęć mu czas i uwagę. Sprawdź, po jakim okresie możesz spodziewać się pierwszych efektów i uczciwie przez ten czas pracuj tylko nad tym pomysłem, dając z siebie 100%. Masz inny? Fantastycznie! Zapisz go sobie na później i wracaj do pracy! Tylko taka rada: jeśli szukasz ile czasu zajęło osiągnięcie efektów innym, zrób to porządnie, żeby nie porównywać potem czyjejś pracy na cały etat przez pół roku ze swoim kwadransem co weekend 😉
  • Coś, co sama bardzo mocno musiałam wbić sobie do głowy: Twój produkt / usługa / blog / cokolwiek nie musi być perfekcyjny od samego początku. Tak naprawdę nigdy nie będzie perfekcyjne. W mojej głowie pomysły rosły do rozmiarów galaktyk na sterydach i cokolwiek chciałam zrobić było niewystarczające – ma być idealne albo w ogóle! Musiałam wszystko sobie “wymazać” z głowy i po prostu zacząć. Zacząć od bardzo małych, boleśnie niedoskonałych kroczków, na które w danym momencie mnie stać. Jak na razie te małe kroczki zaprowadziły mnie dalej niż wielki zrywod poniedziałku zacznę i będzie idealnie!
  • Może być też tak, że takie skakanie od pomysłu do pomysłu jest oznaką jakiegoś większego problemu w Twoim życiu lub firmie, którym przydałoby się zająć. Jeśli jesteś kreatywnym stworkiem istnieje duże prawdopodobieństwo, że wolisz zająć się nowym, błyszczącym pomysłem niż np. księgowością czy kwestiami technicznymi. Warto zrobić sobie taki audyt i szczerze odpowiedzieć na kilka pytań, np. czy ten nowy pomysł pasuje do tego co chcesz osiągnąć? Co ostatnio zrobiłeś żeby osiągnąć cele zamierzone dla Twojej głównej marki/biznesu/bloga? Czy coś nie działa jak powinno? Chwila szczerości i zastanowienia może doprowadzić do zaskakujących wniosków i dużych zmian. Warto też zapisać pomysł i całkowicie przestać się nim zajmować przez 2-3 dni. Czy po tym czasie dalej jest taki ekscytujący? Często kiedy ponownie do niego zajrzysz emocje już całkiem opadną i nie ma się nawet nad czym zastanawiać 😉

Jeśli wciąż i wciąż masz ten jeden jedyny pomysł w głowie ale jakoś nie możesz wystartować od 2 lat:

  • Ustal datę kiedy wszystko pójdzie w ruch. Obojętnie czy będziesz przygotowany czy nie, tego dnia wszystko się zaczyna. Pomyśl o tym jak o konferencji na której masz przemawiać – jest ustalona na konkretny dzień i odbędzie się i tak, niezależnie od tego czy włożysz w swoją prezentację 10 minut czy 3 tygodnie pracy i jak przygotowany się czujesz. Zapisz sobie tę datę w kalendarzu i szykuj się jak na konferencję 🙂
  • Dobrym pomysłem jest rozpisanie sobie planu akcji od końca. Tzn. zaczynasz od daty kiedy wszystko ma zacząć działać i od tego dnia wstecz planujesz co kiedy ma się wydarzyć. Np. tydzień wcześniej powinieneś zacząć to, miesiąc wcześniej powinno już działać tamto a już od teraz należy zadbać o siamto.
  • Możesz też napisać sobie biznesplan – nawet sam dla siebie – pomoże Ci usystematyzować wiele spraw.
  • Nie stresuj się. Wszystko i tak pójdzie nie tak, biznesplan w pewnym momencie pójdzie do kosza, ale wierzę że jakoś dasz radę.

Jeśli się zastosujesz do powyższych rad i zaweźmiesz to są naprawdę duże szanse że sobie poradzisz ze startem 🙂 Tak jak mówiłam – pewnie nie będzie idealnie, ale będzie. Ty się za to wiele nauczysz, niezależnie od wyniku.

Ten wpis jest zainspirowany mailem od cudownej Reginy z By Regina. Jeśli śmigasz po angielsku i jesteś blogerem lub chcesz zarabiać na swojej wiedzy to polecam kobietę 🙂 Czasami będę też tu o niej pisać.

 

Tak więc odwagi życzę i dobrych, wspierających ludzi wokoło!

Tajska zupa dyniowa

Ok, powiedzmy sobie szczerze – Tajką to ja nie jestem, więc to tajskie gotowanie tajskie jest tylko z nazwy. Za to jest na ostro i z mlekiem kokosowym więc załóżmy że jest tajska, dobrze? Super, to przechodzimy do naszej zupy. Jeśli masz już półprodukty przygotowane jak ja to będzie błyskawica – nie to co marokański gulasz z dynią i cukinią 😉

Potrzebne składniki:

  • ok. pół kg puree z dyni – przepisy jak je zrobić podały Agnieszka i Ania w ramach akcji dyniowej;
  • ok. 3 szklanki bulionu warzywnego lub mięsnego – jaki wolisz;
  • duża cebula;
  • papryczka chilli;
  • ok. 3cm świeżego imbiru;
  • pasta z trawy cytrynowej lub świeża trawa cytrynowa;
  • czerwona pasta curry;
  • oliwa z oliwek do smażenia;
  • pół szklanki mleka kokosowego.

Przygotowanie:

Cebulę obieramy, kroimy w drobną kostkę i wrzucamy na rozgrzaną oliwę z oliwek. Dodajemy obrany i starty imbir oraz pokrojoną drobno papryczkę chilli. Lekko podsmażamy, dodajemy łyżkę pasty curry i łyżkę pasty z trawy cytrynowej. Jeśli dodajesz pastę curry – lepiej dodać mniej i potem dołożyć niż dodać zbyt dużo – jest naprawdę ostra. Jeśli natomiast pasty z trawy cytrynowej (moją kupiłam w Lidlu podczas któregoś z tygodni tematycznych) wrzucasz trawę cytrynową pamiętaj żeby ją na koniec wyrzucić 🙂 Mieszamy dokładnie i czekamy chwilkę, aż obydwie pasty zaczną intensywnie pachnieć. Następnie dodajemy puree z dyni, bulion i po chwili mleko kokosowe. Mieszamy, grzejemy, gotowe! Wystarczy przelać na talerz i smakować!

Tajska zupa dyniowa – już za chwilę będzie na blogu – link w bio 🔝rozgrzewająca, akurat na jesień 🍂

A photo posted by Herbalicja (@herbalicja) on

Lojalnie uprzedzam że tajskie smaki trzeba polubić, nie każdemu pasują. Część moich znajomych przepada za tą zupą a część błaga o litość 😉

Przepis jest częścią akcji dyniowej. W ramach tej akcji ostatnio ukazały się takie przepisy:

Jeśli Ty też pichcisz coś z dyni lub próbujesz naszych przepisów oznacz je na instagramie jako #akcjadyniowa a do Ciebie wpadniemy! 🙂

Smacznego!

Czekasz na wenę?

Nie rób tego! Po prostu zacznij.

Proszę, jeśli nie masz czasu przeczytaj 3 razy na głos tytuł i podtytuł i sio do pracy 🙂 Jeśli potrzebujesz poczytać więcej to zapraszam 🙂

A więc masz piękny plan. Plan na zabranie się do pracy, napisanie książki, rozpoczęcie nauki do sesji czy cokolwiek tam sobie wymarzyłeś. Teraz tylko czekasz na wenę lub chociaż odrobinę spokoju i lepsze warunki żeby zabrać się za to na 100%. I co, ile już tak czekasz? Przyznawaj się tu szybko – tylko bez oszukiwania! 🙂

Ostatnio pisałam o tym co możesz zrobić teraz żeby przybliżyć się do celu. To dobrze działa, ale chciałabym się odnieść do tego z jeszcze innej strony. Naprawdę nie potrzebujesz “być w nastroju” żeby coś zrobić. Często słyszy się np. o pisarzach którzy nie czekają na wenę, tylko każdego dnia punktualnie o konkretnej godzinie siadają na tyłku i piszą przez określony czas. Wtedy wena przynajmniej wie kiedy ma przyjść 😉 A jeśli zastaje Cię na imprezie albo przy 3 sezonie serialu to się dziewczyna nie będzie narzucać.

Tutaj dochodzimy do kolejnego punktu – nie wykonuj zadania, po prostu je zacznij. Jeśli masz problem z prokrastynacją to jest całkiem spora szansa że po prostu przytłacza Cię wyznaczone zadanie. Powiedzenie sobie: “Muszę napisać książkę” albo “muszę nauczyć się na kolokwium”, “muszę zorganizować przyjęcie ślubne” czy cokolwiek tam sobie wybierzesz może powodować odpływ sił i chęci do pracy już na samą myśl. Dlatego zamiast robić całość podziel ją sobie na małe części które będziesz w stanie znieść. Ludzie nie robią projektów, tylko konkretne zadania – projekt jest po prostu zbiorem zakończonych zadań. Dlatego zamiast “nauczyć się na kolokwium” zacznij czytać jeden rozdział. Zamiast robić godzinny trening zacznij od zrobienia 10 przysiadów. Po prostu zacznij.

Pomaga też, jeśli nie skupiasz się na rezultacie, a na procesie. To znaczy że nie nastawiasz się że musisz np. napisać książkę czy rozdział, ale podchodzisz do tego na zasadzie “teraz przez 20 minut będę pisać do mojej książki”. Dzięki temu łatwiej jest się zmotywować i nie wyrywać włosów ze stresu.

Ok, wiesz już żeby nie robić tylko zacząć. Dzięki temu z “Aaaaa! Ale jak mam to zrobić? Jakby wiedział to już dawno bym to załatwił!” przejdziesz do “Hmmm… zacząć? No mogę.” i ani się obejrzysz a będzie po bólu 🙂 Wiesz też żeby nie skupiać się na końcowym efekcie tylko na procesie i małych krokach. Siadasz więc do pracy o wyznaczonej porze, nie czekając na wenę, i po pewnym czasie zdajesz sobie sprawę że nie idzie tak jak powinno. Może przyłapałeś się na siedzeniu na Facebooku zamiast na pracy? Spoko, każdemu się zdarza. Straciłeś czas, a teraz zapytaj siebie: “jaki jest następny krok?” i …po prostu zacznij. Pewnie na początku przyłapiesz się na tym wiele razy, ale z czasem będzie coraz lepiej 🙂

Kolejnym niebezpieczeństwem jest “potrzebuję przerwy” – nie, nie każę Ci siedzieć w pampersie, po prostu z doświadczenia wiem że te przerwy często przychodzą w momencie kiedy nie wiem co dalej – łatwo wtedy odejść, ale ciężko wrócić do pracy. Dlatego spytaj sam siebie dlaczego potrzebujesz przerwy i jeśli nie jest to nic pilnego to postanów sobie że np. doczytasz do końca daną stronę. Dzięki temu ćwiczysz silną wolę i nie poddajesz się zachciankom, a przerwę i tak robisz 🙂

Podobnie niebezpiecznym mechanizmem jest “to zajmie tylko minutę” – pewnie słyszałeś o zasadzie “jeśli coś zajmie Ci mniej niż dwie minuty zrób to od razu”. To bardzo dobra zasada, ale przy takich większych projektach nie za bardzo się sprawdza. Jedna minuta prowadzi do kolejnej i kolejnej a potem mieszkanie lśni a notatki do kolokwium leżą i płaczą 🙂 Dlatego jeśli po raz 30 z rzędu robisz coś co “zajmie tylko minutę” spytaj siebie czy to naprawdę jest to, czym w danej chwili powinieneś się zajmować.

Okay, wszystko ładnie, pięknie, ale żeby zadziałało potrzebujesz faktycznie zająć się tym wcześniej a nie na ostatnią chwilę. Jednym ze sposobów jakie znam jest zastanowienie się jak będziesz się czuł za kilka godzin/tygodni/lat jeśli teraz się tym zajmiesz, a jak będziesz się czuł jeśli tego nie zaczniesz? Dobrze działa nagrywanie filmików do samego siebie po zakończonym etapie zadania, kiedy jesteś zmotywowany i zadowolony z siebie że się udało. Potem przed kolejną sesją puść sobie taki filmik 🙂 Możesz też nagrać coś takiego właśnie jeśli nawaliłeś i powiedzieć sam sobie o konsekwencjach – dzięki temu po obejrzeniu takiej “automotywacji” łatwiej jest… co? Ano po prostu zacząć! 🙂

Powodzenia!

Jeśli ten wpis jest dla Ciebie wartościowy będzie mi bardzo miło jeśli się nim z kimś podzielisz 🙂

Zdrowsza pumpkin spice latte na dwa sposoby

Lubisz pumpkin spice latte? Jeśli tak to fajnie, bo dziś mam dla Ciebie nieco zdrowszą alternatywę, i to na dwa sposoby!

Chciałam zobaczyć która będzie mi lepiej smakować więc wzięłam tuzin przepisów, pokombinowałam, stworzyłam z tego dwa i oto jest!

herbalicja

Pumpkin spice latte z mlekiem kokosowym:

Na jedną porcję potrzebne Ci będą:

  • około 2 łyżek puree z dyni – o tym jak je zrobić pisały Ania i Agnieszka,
  • pół kubka gorącej, czarnej kawy – przyrządzonej wg Twoich preferencji,
  • pół puszki mleka kokosowego: stała część jeśli chcesz zrobić śmietankę kokosową i ok. ⅓ szklanki części płynnej,
  • przyprawy: cynamon, gałka muszkatołowa, mielony imbir,
  • cukier kokosowy (do smaku, u mnie ok. 2 łyżeczek).

No więc wersja pierwsza: jeśli jesteś oazą cierpliwości i mocno Ci zależy ubijasz stałą część mleka kokosowego na “bitą śmietanę”. Wstawiasz dziewczynę do lodówki. Wrzucasz puree z dyni, przyprawy, płynne mleko kokosowe, cukier kokosowy i gorącą kawę do blendera, mieszasz na gładką masę. Przelewasz do kubka, dekorujesz kokosową bitą śmietaną i cynamonem. Fotografujesz, wrzucasz na instagram, pijesz.

Jeśli masz możliwość mieszania i podgrzewania w blenderze to polecam, inaczej wychodzi ciepła a nie gorąca.

herbalicja

Pumpkin spice latte z mlekiem migdałowym:

Na jedną porcję potrzebne Ci będą:

  • około 2 łyżek stołowych puree z dyni,
  • ⅓ szklanki mleka migdałowego,
  • przyprawy: cynamon, gałka muszkatołowa, mielony imbir,
  • miód – ok. łyżki, lepiej dodawać powoli i smakować bo można przesadzić 😉
  • pół kubka gorącej, czarnej kawy – przyrządzonej wg Twoich preferencji.

Ten sposób sprawdzi się jeśli nie masz blendera, potrzebny będzie za to spieniacz do mleka – ja używałam takiego malutkiego ręcznego 🙂

Łyżkę mleka, puree z dyni, przyprawy i kawę wrzucasz do garnuszka i podgrzewasz. Mieszasz co jakiś czas i powoli dodajesz miód (nie przesadzaj z podgrzewaniem, dzięki temu miód zachowuje swoje prozdrowotne właściwości). W drugim garnku nastawiasz pozostałe mleko i spieniasz. Do kubka najpierw przelewasz mieszankę z puree, a potem spienione mleko. Ozdabiasz cynamonem, tradycyjnie wstawiasz na instagram i pijesz 🙂

herbalicja

Która lepsza? Dla mnie wersja druga, z mlekiem migdałowym. W tej pierwszej jednak dość mocno czuć kokos. Za to była bardziej kremowa, co zdecydowanie było na plus. Myślę że następnym razem zamiast podgrzewać w garnuszku wersję numer dwa wrzucę ją do Thermomixa i tam zmiksuję i podgrzeję, a potem dodam spienione mleko migdałowe.

 

Obydwa przepisy wymagają trochę więcej pracy niż tylko zagotowanie wody i zalanie kawy lub wyciągnięcie karty kredytowej w kawiarni 😉 Za to są zdrowsze! Mimo to wciąż wpadają raczej w kategorię “deser w płynie” więc dobrze się składa że są czasochłonne – w końcu nawet najpyszniejsza pumpkin spice latte nie wygląda dobrze w postaci niechcianego tłuszczyku na brzuchu 😉

www.herbalicja.pl

Przepisy dzielnie “sponsoruje” październikowa #akcjadyniowa. Jeśli zrobisz jakąś potrawę z dynią to oznacz ją na instagramie tym hashtagiem a wpadniemy do Ciebie z dziewczynami 🙂 A jeśli nie wiesz co przygotować oto kilka inspiracji:

Smacznego i niech pójdzie w cycki (albo biceps)!