Ułatw sobie zadanie

Jest nowy nawyk, który chcesz wyrobić. Cel, który chcesz osiągnąć. Schudnąć, rzucić palenie, zacząć nitkować zęby, ćwiczyć… Cokolwiek. Idzie dobrze, do pierwszej przeszkody, kiedy wszystko się sypie. Ej, przecież już nie ma co się dalej starać, równie dobrze mogę odpuścić do kolejnego zrywu silnej woli.

Znasz to? Ja niestety tak. Skoro to czytasz, Ty pewnie też – ale nie martw się, nikomu nie powiem 🙂 Powiem Ci za to, co mi pomaga żeby jednak wytrwać w postanowieniach. Gotowy? Okay, więc mój sekret to:

Maksymalnie ułatwiam sobie zadanie.

To jest właśnie moja rada: jeśli nie możesz wprowadzić jakiegoś nawyku u siebie postaraj się jak najbardziej ułatwić sobie jego wykonanie i jak najbardziej utrudnić sobie zejście z wyznaczonej ścieżki.

Chcesz ćwiczyć? Super! Ustal sobie konkretne godziny w tym tygodniu. Umów się z przyjacielem na wspólne ćwiczenia – ciężej Ci będzie odmówić. Kiedy jeszcze jesteś pełen zapału i optymizmu przygotuj strój i cały potrzebny sprzęt, i postaw tak żeby prawie się o niego potknąć kiedy nadejdzie czas. Zrób wszystko, żeby ułatwić sobie zadanie.

Chcesz schudnąć? Proszę bardzo! Nie kupuj batoników i chipsów. Szczególnie zimą, prawdopodobieństwo że po nie wyjdziesz jest zdecydowanie mniejsze niż to, że zjesz jeśli masz pod ręką. Znajdź sobie inne zajęcie lub przekąskę jeśli wiesz że oglądanie seriali jest możliwe tylko z kubełkiem lodów. Miej pod ręką coś dobrego i zdrowego na wypadek, gdyby naszło Cię na bezwzględne żarłaczenie tu i teraz. Naucz się kilku popisowych zdrowych dań. Ułatw sobie zadanie.

Chcesz zacząć nitkować zęby? Tu ciekawie mówił Tim Pychyl w tym wywiadzie (po angielsku). Mówił o “przeddecyzjach”, które mogą nam mocno pomóc lub zaszkodzić. Podał to właśnie na przykładzie nitkowania zębów. Ponieważ mu to nie wychodziło, postanowił sobie że będzie wyciągać nić dentystyczną kiedy sięga po szczoteczkę do zębów i kłaść ją na zlewie. Potem, kiedy po umyciu odkłada szczoteczkę do zębów od razu łapie nić w dłoń. Na tym etapie głupio by było tych zębów nie pomęczyć jeszcze chwilę 😉

Do powstania tego wpisu zainspirował mnie znajomy, który postanowił rzucić palenie, ale zatrzymał wszystkie papierosy. Jakoś mu… nie wyszło 😉 Potem była mama, która na wieść o moim dość ograniczonym obecnie jadłospisie zaczęła piec po dwa ciasta dziennie. Ta kobieta potrafi piec, więc z diety nici – aż tak silnej woli nie mam. Chciałam też wstawać wcześniej żeby wyrabiać się ze wszystkimi obowiązkami, ale jakoś ciężko jeśli siedzisz do drugiej w nocy bez wyraźnego powodu.

Widzę, że problem jest dość powszechny, dlatego chciałam Cię dzisiaj zachęcić – zastanów się, z czym się zmagasz? Jaki nawyk chcesz wprowadzić, ale Ci nie wychodzi? Wybierz jeden i rozłóż go na części, nawet tak małe jak w przykładzie z nitkowaniem zębów 🙂 Potem zostanie Ci już tylko zacząć. Powodzenia!

 

Prokrastynacja – jak walczyć z odkładaniem na później?

Prokrastynacja

Dzień dobry! To ja, Twoja przyjaciółka prokrastynacja. Pamiętasz ten projekt, na którym tak Ci zależy? Jest świetny! Zróbmy go… jutro. A, miałeś się uczyć? Jasne, genialny pomysł! Potrzebujesz tylko coś zjeść żeby potem mieć siły, zrobić sobie herbaty i… o, widzisz jak tu brudno? To najlepszy czas żeby zacząć robić porządki w szafce. Przecież inaczej nie będziesz mógł się skupić!

Też znasz tą panią? Nie jest najlepszym doradcą, a tak czy siak czasem jej słucham. Ty też? Dzisiaj będzie trochę o tym jak wyprosić ją ze swojego życia. Najpierw jednak wypadałoby ją przedstawić i powiedzieć, skąd przyszła.

Prokrastynacja to dobrowolne odkładanie na później czegoś, co chcemy zrobić. To nie lenistwo, bo leniwy nie ma wyrzutów sumienia kiedy nie robi tego co powinien. Ktoś kto ma problem z prokrastynacją takie wyrzuty ma.

Nie chcę Cię zanudzać niepotrzebnymi faktami, ale sama nazwa prokrastynacja (łac. procrastinatio – odwlekanie) wywodzi się pierwotnie z łac. “pro crastinus”, czyli “na jutro, od jutra”. Znaczy to mniej więcej tyle, że nawet ci szalenie mądrzy starożytni mieli z tym problem. Ha! Teraz też nie myśl sobie że jesteś wyjątkowy bo odkładasz to, co trzeba zrobić. Nie odkładasz bo coś jest z Tobą nie tak, tylko dlatego, że jesteś człowiekiem. Wszyscy czasami prokrastynujemy. W mniejszym lub większym stopniu, ale każdemu się zdarza. Beyonce też.

Jak sobie z tym radzić?

Po pierwsze: ciężko jest zabrać się do pracy kiedy w ogóle nie wierzysz że uda Ci się swój cel osiągnąć. Kiepsko też z motywacją jeśli pracę musisz włożyć już teraz a na efekty trzeba długo czekać.

Na pierwszy problem dobrze działa wspierające środowisko, ludzie, którzy w Ciebie wierzą i pomagają a nie przeszkadzają. Nie umniejszaj efektu takich przyjaciół, szczególnie jeśli zmagasz się z problemami z samooceną.

Na obydwa problemy pomagają za to mikrocele. Co to znaczy? Ano to, że dzielisz swój wielki cel na małe porcje i łykasz po kawałeczku. Wykonanie malutkiego zadania daje nagrodę o wiele szybciej, dodaje pewności siebie i rozpędu do wykonania kolejnego małego zadania. Warto pamiętać żeby pod wpływem radości z wykreślenia podpunktu nie dowalić sobie 7 kolejnymi albo jednym byczym, tylko trzymać się metody małych kroczków 🙂

Dobrze jest mieć większy plan prowadzący do dużego celu i dzielić go sobie jeszcze na listy zadań np. na każdy dzień. Bardzo ważne jest też żeby nie kończyć pracy bez planu na kolejne “posiedzenie”. Wstając powinieneś mieć jasno określone co będziesz robić następnym razem. Inaczej jest duże prawdopodobieństwo że zaczniesz odkładać “na jutro” i ani się obejrzysz a minie pół roku 😉 To co zauważyłam u siebie to że konkretne zadanie powinno być proste i powinnam umieć sobie wyobrazić siebie robiącą i kończącą dany etap. Jeśli to co mam zrobić jest zbyt duże na jeden raz lub nie do końca jasne to znak że trzeba podzielić zadanie jeszcze bardziej.

Zrób sobie też przysługę i kiedy pracujesz nad tym na czym Ci zależy zajmij się tylko tym. Wyłącz wszystko co może Cię rozpraszać, nie udawaj sam przed sobą że jesteś bardziej produktywny sprawdzając “w międzyczasie” maile. Skoro tu jesteś i czytasz to znaczy że takie działanie Ci nie służy 😉 Walka z prokrastynacją i samodyscyplina są wystarczająco trudne, proszę, nie utrudniaj ich sobie dodatkowo. Skoro zaszedłeś już tak daleko, wyznaczyłeś mikrocele i zasiadłeś do pracy szkoda by było ten czas zmarnować 🙂 Bądź szczery sam ze sobą i przez wyznaczony czas postaraj się uczciwie zająć tylko tym jednym.

Czasami mimo wszystko ciężko jest się zabrać za pracę i trzeba wesprzeć samego siebie 😉 Czytałam kiedyś o badaniu w którym wykazano, że młodzi ludzie, którzy zobaczyli komputerowo postarzoną wersję siebie chętniej odkładali na swoją emeryturę. Powód? Ta “starsza wersja” ich samych stała się im bliższa. Warto to wykorzystać 🙂 W momencie kiedy masz wielką motywację i przypływ optymizmu nagraj dla siebie filmik lub napisz list, w którym opiszesz dlaczego chcesz osiągnąć swój cel, co Ci to da, jak się wtedy będziesz czuł… Sam siebie znasz najlepiej, wiesz, na czym zależy Ci najbardziej i jak Cię przekonać – zrób to jak najlepiej i puszczaj sobie w trudnych chwilach. Powinno pomóc zabrać się do roboty 🙂

Inna sprawa jest taka, że wcale nie potrzebujesz być w nastroju czy mieć niesamowitą motywację żeby podjąć działanie. Potrzebujesz po prostu zacząć. Pisałam o tym więcej TUTAJ. W skrócie chodzi o to, żeby, wena czy nie wena, wyznaczyć sobie konkretny czas na pracę i po prostu się za nią zabrać. Kiedy już ten czas nadejdzie nie podchodź do tego na zasadzie “muszę zrobić x”, “muszę skończyć y”. Zamiast tego powiedz sobie że teraz przez 20 minut będziesz zajmował się y albo teraz przez pół godziny zajmiesz się tymi małymi zadaniami. Czasami jeśli o tym zapominam to te 20 minut zamiast zasuwać martwię się tym jak wiele trzeba zrobić, więc uważaj żeby i Tobie się to nie przytrafiło 😉

To prowadzi nas do kolejnego punktu – jesteśmy ludźmi. Wiesz już, że wszyscy czasem coś odkładamy na później. Powiem Ci więcej – nawet jeśli zastosujesz się do wszystkich rad i wypracujesz sobie własne sposoby i tak czasem wciąż od czasu do czasu będziesz się przyłapywał na prokrastynacji. Co wtedy?

Po pierwsze: wybacz sobie. Jeśli zaczniesz sam na siebie psioczyć to nic Ci to nie da oprócz jeszcze gorszego samopoczucia i wstydu, który tylko pogorszy sytuację. Jeśli naprawdę chcesz walczyć z prokrastynacją to o wiele lepszym rozwiązaniem będzie zastanowić się dlaczego tym razem odkładasz na później i powoli się z tym uporać. Pomocne może być ustalenie sobie “reguł” na najczęstsze przewinienia, np.: “Jeśli złapię się na przeglądaniu Facebooka zamknę przeglądarkę i wrócę do pracy.”, “Jeśli zauważę że siedzę w kuchni robiąc piątą pod rząd herbatę to przestanę się kręcić jak smród po gaciach i wrócę do pracy”. Miej wysokie standardy, ale nie obwiniaj się jeśli Ci nie wyjdzie – po prostu staraj się jak najlepiej potrafisz i miej świadomość, że będą wzloty i upadki.

Zadbaj o siebie

Wiesz jaki powód najczęściej podają ludzie zapytani o to, dlaczego odkładają na później? Przemęczenie i stres. Jeśli chcesz być mistrzem produktywności i cieszyć się z jej owoców potrzebujesz o siebie zadbać. Dowiedzieć się, jaki jest Twój najważniejszy nawyk, zatroszczyć się o swoje zdrowie. Pracować mądrzej, a nie dłużej. To że siedzisz 12 godzin na dobę wcale nie znaczy że jesteś lepszy albo że pracujesz wydajniej niż gdybyś pracował nad tym 8 godzin. Jeśli nie chcesz swojej zguby, równowagę wprowadź, luby! 🙂

Podsumowanie:

  1. Wszyscy czasem odkładamy na później.
  2. Postaraj się o wsparcie otoczenia.
  3. Wyznacz mikrocele prowadzące do tego, co chcesz osiągnąć.
  4. Przygotuj szczegółowy plan działania obejmujący najbliższe kroki.
  5. Zawsze kończ pracę wiedząc, co trzeba zrobić następnym razem.
  6. Nie potrzebujesz weny. Po prostu zacznij.
  7. Nie skupiaj się na efekcie, a na działaniu (“będę się uczyć przez 30 minut” zamiast “muszę się nauczyć na kolokwium”).
  8. Skup się na jednej czynności naraz. Multitasking jest be.
  9. Jeśli przyłapiesz się na prokrastynacji – wybacz sobie, wyciągnij wnioski i ruszaj dalej.
  10. Zadbaj o siebie – przemęczenie to główny powód prokrastynacji!

Jeśli wolisz graficznie, proszę bardzo:

herbalicja

Źródła i dodatkowe linki: 

  1. Czekasz na wenę? Po prostu zacznij – mój tekst o tym, że wcale nie potrzebujesz idealnych warunków żeby zabrać się do pracy. Kilka punktów się powtarza, bo też do każdego co innego  trafi 🙂
  2. Boję się zacząć – co jeśli masz jakiś projekt, blog, biznes, który siedzi Ci w głowie i nie może z niej wyjść, lub jeśli masz problemy z przeskakiwaniem z kwiatka na kwiatek.
  3. Co teraz? – jeśli próbujesz na przykład zdrowiej żyć – ale “od poniedziałku”.
  4. Najważniejszy nawyk – czyli pierwsze pytanie jakie powinieneś sobie zadać, jeśli chcesz zacząć o siebie dbać.
  5. Wikipedia o prokrastynacji, też o lękach które mogą ją wywoływać.
  6. Etymologia słowa prokrastynacja.
  7. Dr Piers Steel – “The procrastination equation. How to stop putting things off and start getting things done.” *)
  8. Timothy A. Pychyl – “Solving the procrastination puzzle”. *)

*) Link afiliacyjny.

Boję się zacząć

Ostatnio zachęcałam Cię do tego żebyś po prostu zaczął. Dzisiaj pogadam sobie z Tobą co jeśli boisz się zacząć. Będzie bardziej w odniesieniu do przedsięwzięć biznesowych, ale myślę że spokojnie można to przełożyć też na te całkiem niebiznesowe cele 🙂

Ten tekst jest dla Ciebie, jeśli:

  • masz wspaniały pomysł na biznes, produkt, usługę, post blogowy, ale wciąż odkładasz jego realizację na później. A może masz już coś na myśli ale zwlekasz z założeniem swojego biznesu/bloga już od jakichś 17 miesięcy? Piszę o Tobie 🙂
  • wciąż zmieniasz zdanie – jednego dnia chcesz realizować ten pomysł/strategię, a następnego totalnie co innego wydaje Ci się najlepsze na świecie i na tym się skupiasz – do pierwszej porażki / trudności / kolejnego pomysłu* (*niepotrzebne skreślić). Jeśli Twoja rodzina i znajomi widząc jak otwierasz usta z westchnieniem pyta: “Eh, no dobra, to jaki biznes prowadzisz w tym miesiącu?” – to piszę o Tobie 🙂

Brzmi znajomo? Dla mnie bardzo, dlatego właśnie do Ciebie piszę – mam całkiem spore doświadczenie 😉 Jednym z przykładów niech będzie ten blog – w mojej głowie siedział… prawie dwa lata. Brawo, ja! A wracając do tematu…

Strach

Boisz się. Stawiasz swój pomysł wysoko, wysoko na piedestale. Dopóki jest w Twojej głowie może do woli rosnąć i odnosić sukcesy. Nie trzeba wkładać w niego 3,5 tony pracy, nikt go nie wyśmieje, nie trzeba będzie wystawiać go na widok publiczny i czekać na reakcję.

Jeszcze gorzej, jeśli jesteś perfekcjonistą, a gorzej do kwadratu jeśli zaczniesz szukać jak sobie poradzili inni ludzie z pomysłem podobnym do Twojego. Jest niesamowicie duże prawdopodobieństwo, że znajdziesz tylko tych, którzy odnieśli największy sukces, zobaczysz wszystko co u nich najlepsze i porównasz z tym, co u Ciebie najgorsze. To co, lepiej się w ogóle za to nie zabierać, prawda?

  • Nie jestem w stanie zrobić tego tak jak sobie wymarzyłem.
  • Ktoś inny robi to lepiej.
  • Ten pomysł urósł do takich rozmiarów że już mnie przerasta.
  • Boję się, jak zareagują bliscy / znajomi / rynek.
  • Nie podołam takiej ilości pracy.
  • Jest zbyt duże ryzyko że się nie uda.

Potrafisz się gdzieś tutaj odnaleźć?

Oto przykłady rozwiązań, które mogą Ci pomóc:

  • Jeśli dopiero zaczynasz cokolwiek i martwisz się, jak zareagują najbliżsi proponuję szczerą rozmowę: jeśli tylko masz taką możliwość daj im znać jak bardzo zależy Ci na ich zdaniu i wsparciu. Powiedz, że ich reakcja może pomóc Ci rozłożyć lub podciąć skrzydła. Taka szczerość jest cholernie trudna, ale w wielu przypadkach bardzo pomaga, oczyszcza atmosferę i daje lekkość w sercu i motywację do działania 🙂
  • Jeśli boisz się wprowdzić nowy produkt / usługę spytaj dotychczasowych klientów lub swoją grupę docelową o zdanie. Jeśli nie masz jeszcze takich osób to zrób burzę mózgów i zastanów się, gdzie je odnaleźć – i tam się pojawiaj. Może to będzie grupa na Facebooku, może targi i konferencje dla konkretnej branży (nie Twojej, klienta!), a może coś zupełnie innego?
  • Jeśli masz już swoje grono odbiorców możesz spróbować wypuścić swój produkt / usługę w wersji beta, do przetestowania i ewentualnego poprawienia. Bardzo często aplikacje są wypuszczane właśnie w takiej wersji. Nie chodzi o to, żeby wypuszczać buble, ale bezkosztowo lub bardzo niskim kosztem sprawdzić swój pomysł.
  • Warto poszukać swojego biznesowego mentora, coacha lub grupy mastermindowej, dzięki czemu będziesz mieć możliwość konsultowania i weryfikowania swoich pomysłów i wymiany wiedzy, a dzięki temu minimalizowania ryzyka.
  • Zanim jeszcze zaczniesz promować, a najlepiej nawet i tworzyć swój produkt, pomyśl, w jaki sposób pomoże on Twojemu klientowi. Jakie odniesie z niego korzyści? Wypisz ich jak najwięcej, dzięki temu będzie Ci nie tylko łatwiej trafić z nim do odpowiednich ludzi, ale też tworzyć go z określonym zamysłem.
  • Dodatkowo pamiętaj: jeśli nikomu nie powiesz to nikt tak naprawdę nie będzie wiedział jak Ci poszło. To trochę pocieszające 😉

Jeśli Twoim problemem jest przeskakiwanie z kwiatka na kwiatek:

  • Zanim znów zmienisz zdanie, złap pomysł, który masz teraz i naprawdę szczerze poświęć mu czas i uwagę. Sprawdź, po jakim okresie możesz spodziewać się pierwszych efektów i uczciwie przez ten czas pracuj tylko nad tym pomysłem, dając z siebie 100%. Masz inny? Fantastycznie! Zapisz go sobie na później i wracaj do pracy! Tylko taka rada: jeśli szukasz ile czasu zajęło osiągnięcie efektów innym, zrób to porządnie, żeby nie porównywać potem czyjejś pracy na cały etat przez pół roku ze swoim kwadransem co weekend 😉
  • Coś, co sama bardzo mocno musiałam wbić sobie do głowy: Twój produkt / usługa / blog / cokolwiek nie musi być perfekcyjny od samego początku. Tak naprawdę nigdy nie będzie perfekcyjne. W mojej głowie pomysły rosły do rozmiarów galaktyk na sterydach i cokolwiek chciałam zrobić było niewystarczające – ma być idealne albo w ogóle! Musiałam wszystko sobie “wymazać” z głowy i po prostu zacząć. Zacząć od bardzo małych, boleśnie niedoskonałych kroczków, na które w danym momencie mnie stać. Jak na razie te małe kroczki zaprowadziły mnie dalej niż wielki zrywod poniedziałku zacznę i będzie idealnie!
  • Może być też tak, że takie skakanie od pomysłu do pomysłu jest oznaką jakiegoś większego problemu w Twoim życiu lub firmie, którym przydałoby się zająć. Jeśli jesteś kreatywnym stworkiem istnieje duże prawdopodobieństwo, że wolisz zająć się nowym, błyszczącym pomysłem niż np. księgowością czy kwestiami technicznymi. Warto zrobić sobie taki audyt i szczerze odpowiedzieć na kilka pytań, np. czy ten nowy pomysł pasuje do tego co chcesz osiągnąć? Co ostatnio zrobiłeś żeby osiągnąć cele zamierzone dla Twojej głównej marki/biznesu/bloga? Czy coś nie działa jak powinno? Chwila szczerości i zastanowienia może doprowadzić do zaskakujących wniosków i dużych zmian. Warto też zapisać pomysł i całkowicie przestać się nim zajmować przez 2-3 dni. Czy po tym czasie dalej jest taki ekscytujący? Często kiedy ponownie do niego zajrzysz emocje już całkiem opadną i nie ma się nawet nad czym zastanawiać 😉

Jeśli wciąż i wciąż masz ten jeden jedyny pomysł w głowie ale jakoś nie możesz wystartować od 2 lat:

  • Ustal datę kiedy wszystko pójdzie w ruch. Obojętnie czy będziesz przygotowany czy nie, tego dnia wszystko się zaczyna. Pomyśl o tym jak o konferencji na której masz przemawiać – jest ustalona na konkretny dzień i odbędzie się i tak, niezależnie od tego czy włożysz w swoją prezentację 10 minut czy 3 tygodnie pracy i jak przygotowany się czujesz. Zapisz sobie tę datę w kalendarzu i szykuj się jak na konferencję 🙂
  • Dobrym pomysłem jest rozpisanie sobie planu akcji od końca. Tzn. zaczynasz od daty kiedy wszystko ma zacząć działać i od tego dnia wstecz planujesz co kiedy ma się wydarzyć. Np. tydzień wcześniej powinieneś zacząć to, miesiąc wcześniej powinno już działać tamto a już od teraz należy zadbać o siamto.
  • Możesz też napisać sobie biznesplan – nawet sam dla siebie – pomoże Ci usystematyzować wiele spraw.
  • Nie stresuj się. Wszystko i tak pójdzie nie tak, biznesplan w pewnym momencie pójdzie do kosza, ale wierzę że jakoś dasz radę.

Jeśli się zastosujesz do powyższych rad i zaweźmiesz to są naprawdę duże szanse że sobie poradzisz ze startem 🙂 Tak jak mówiłam – pewnie nie będzie idealnie, ale będzie. Ty się za to wiele nauczysz, niezależnie od wyniku.

Ten wpis jest zainspirowany mailem od cudownej Reginy z By Regina. Jeśli śmigasz po angielsku i jesteś blogerem lub chcesz zarabiać na swojej wiedzy to polecam kobietę 🙂 Czasami będę też tu o niej pisać.

 

Tak więc odwagi życzę i dobrych, wspierających ludzi wokoło!

Czekasz na wenę?

Nie rób tego! Po prostu zacznij.

Proszę, jeśli nie masz czasu przeczytaj 3 razy na głos tytuł i podtytuł i sio do pracy 🙂 Jeśli potrzebujesz poczytać więcej to zapraszam 🙂

A więc masz piękny plan. Plan na zabranie się do pracy, napisanie książki, rozpoczęcie nauki do sesji czy cokolwiek tam sobie wymarzyłeś. Teraz tylko czekasz na wenę lub chociaż odrobinę spokoju i lepsze warunki żeby zabrać się za to na 100%. I co, ile już tak czekasz? Przyznawaj się tu szybko – tylko bez oszukiwania! 🙂

Ostatnio pisałam o tym co możesz zrobić teraz żeby przybliżyć się do celu. To dobrze działa, ale chciałabym się odnieść do tego z jeszcze innej strony. Naprawdę nie potrzebujesz “być w nastroju” żeby coś zrobić. Często słyszy się np. o pisarzach którzy nie czekają na wenę, tylko każdego dnia punktualnie o konkretnej godzinie siadają na tyłku i piszą przez określony czas. Wtedy wena przynajmniej wie kiedy ma przyjść 😉 A jeśli zastaje Cię na imprezie albo przy 3 sezonie serialu to się dziewczyna nie będzie narzucać.

Tutaj dochodzimy do kolejnego punktu – nie wykonuj zadania, po prostu je zacznij. Jeśli masz problem z prokrastynacją to jest całkiem spora szansa że po prostu przytłacza Cię wyznaczone zadanie. Powiedzenie sobie: “Muszę napisać książkę” albo “muszę nauczyć się na kolokwium”, “muszę zorganizować przyjęcie ślubne” czy cokolwiek tam sobie wybierzesz może powodować odpływ sił i chęci do pracy już na samą myśl. Dlatego zamiast robić całość podziel ją sobie na małe części które będziesz w stanie znieść. Ludzie nie robią projektów, tylko konkretne zadania – projekt jest po prostu zbiorem zakończonych zadań. Dlatego zamiast “nauczyć się na kolokwium” zacznij czytać jeden rozdział. Zamiast robić godzinny trening zacznij od zrobienia 10 przysiadów. Po prostu zacznij.

Pomaga też, jeśli nie skupiasz się na rezultacie, a na procesie. To znaczy że nie nastawiasz się że musisz np. napisać książkę czy rozdział, ale podchodzisz do tego na zasadzie “teraz przez 20 minut będę pisać do mojej książki”. Dzięki temu łatwiej jest się zmotywować i nie wyrywać włosów ze stresu.

Ok, wiesz już żeby nie robić tylko zacząć. Dzięki temu z “Aaaaa! Ale jak mam to zrobić? Jakby wiedział to już dawno bym to załatwił!” przejdziesz do “Hmmm… zacząć? No mogę.” i ani się obejrzysz a będzie po bólu 🙂 Wiesz też żeby nie skupiać się na końcowym efekcie tylko na procesie i małych krokach. Siadasz więc do pracy o wyznaczonej porze, nie czekając na wenę, i po pewnym czasie zdajesz sobie sprawę że nie idzie tak jak powinno. Może przyłapałeś się na siedzeniu na Facebooku zamiast na pracy? Spoko, każdemu się zdarza. Straciłeś czas, a teraz zapytaj siebie: “jaki jest następny krok?” i …po prostu zacznij. Pewnie na początku przyłapiesz się na tym wiele razy, ale z czasem będzie coraz lepiej 🙂

Kolejnym niebezpieczeństwem jest “potrzebuję przerwy” – nie, nie każę Ci siedzieć w pampersie, po prostu z doświadczenia wiem że te przerwy często przychodzą w momencie kiedy nie wiem co dalej – łatwo wtedy odejść, ale ciężko wrócić do pracy. Dlatego spytaj sam siebie dlaczego potrzebujesz przerwy i jeśli nie jest to nic pilnego to postanów sobie że np. doczytasz do końca daną stronę. Dzięki temu ćwiczysz silną wolę i nie poddajesz się zachciankom, a przerwę i tak robisz 🙂

Podobnie niebezpiecznym mechanizmem jest “to zajmie tylko minutę” – pewnie słyszałeś o zasadzie “jeśli coś zajmie Ci mniej niż dwie minuty zrób to od razu”. To bardzo dobra zasada, ale przy takich większych projektach nie za bardzo się sprawdza. Jedna minuta prowadzi do kolejnej i kolejnej a potem mieszkanie lśni a notatki do kolokwium leżą i płaczą 🙂 Dlatego jeśli po raz 30 z rzędu robisz coś co “zajmie tylko minutę” spytaj siebie czy to naprawdę jest to, czym w danej chwili powinieneś się zajmować.

Okay, wszystko ładnie, pięknie, ale żeby zadziałało potrzebujesz faktycznie zająć się tym wcześniej a nie na ostatnią chwilę. Jednym ze sposobów jakie znam jest zastanowienie się jak będziesz się czuł za kilka godzin/tygodni/lat jeśli teraz się tym zajmiesz, a jak będziesz się czuł jeśli tego nie zaczniesz? Dobrze działa nagrywanie filmików do samego siebie po zakończonym etapie zadania, kiedy jesteś zmotywowany i zadowolony z siebie że się udało. Potem przed kolejną sesją puść sobie taki filmik 🙂 Możesz też nagrać coś takiego właśnie jeśli nawaliłeś i powiedzieć sam sobie o konsekwencjach – dzięki temu po obejrzeniu takiej “automotywacji” łatwiej jest… co? Ano po prostu zacząć! 🙂

Powodzenia!

Jeśli ten wpis jest dla Ciebie wartościowy będzie mi bardzo miło jeśli się nim z kimś podzielisz 🙂

Co teraz?

Dziś chciałabym Cię zachęcić do robienia, a nie czytania. Czytanie jest pożyteczne, pod warunkiem że wprowadzasz w życie co trzeba 🙂

Gotowy do działania? Okay, to jedziemy! Oto Twoje wyzwanie na dziś:

Co możesz zrobić żeby przybliżyć się do swojego celu – teraz? W tym momencie? Niech będzie nawet najmniejszy kroczek – ale teraz! Bez wielkich inwestycji czy przygotowań, choćby mała akcja którą możesz podjąć dzisiaj.

  • Twoim celem jest lepsze zdrowie, zrzucenie wagi itp.? Jak możesz podjąć lepszy wybór co do następnego posiłku? Może wysiądź dzisiaj przystanek wcześniej i dojdź do domu? Może zamiast kolejnej kawy, napij się wody? Nie czekaj do poniedziałku żeby na 100% zacząć dietę albo na nowy miesiąc żeby zacząć chodzić na siłownię 3 razy w tygodniu. Zacznij od małej rzeczy dziś, jutro dołóż kolejną, i w poniedziałek będziesz już o kilka dobrych wyborów do przodu 🙂
  • Co z tym wielkim projektem którym się zajmujesz ale jakoś porządnie zająć się nie możesz? Jaka jest najmniejsza akcja którą możesz dzisiaj podjąć? Nie chodzi o to żeby zacząć teraz panikować i wymyślać nie wiadomo co – prosta, malutka czynność. Może się nawet wydawać mało znacząca w tym momencie, ma Cię po prostu nie przerażać.
  • Chcesz zmienić pracę? Może zabierasz się do tego od 3 miesięcy – jak będziesz mieć czas – bo trzeba włożyć w to dużo pracy? Okay, a masz dziś 15 minut? Podpowiedź: masz, skoro tu jesteś. To poszukaj interesujących Cię ogłoszeń i zapisz na później. Umów się do fotografa na zdjęcia do CV. Poszukaj wzoru który Ci się podoba. Uzupełnij swój profil na LinkedIn. Zrób cokolwiek.
  • A teraz inny przykład. Może siedzisz w pracy zestresowany i nie wiesz w co ręce włożyć? Wybierz jedną rzecz, którą zrobisz. Ale uwaga: haczyk jest taki, żeby w ciągu 3 minut być produktywnym. Czyli jeżeli spośród miliona spraw do załatwienia wybrałeś przeglądanie Facebooka to mam dla Ciebie złą wiadomość – nie o to nam chodzi 😉 Wybierając coś pożytecznego co da się załatwić szybko i bezboleśnie sam sobie dajesz kopa motywacyjnego, zastrzyk energii że coś się udało. Łatwiej wtedy wpaść w ciąg załatwiania spraw a nie tylko stresowania się nimi.

Może wydawać się że to co robisz jest tak małe że w ogóle bez sensu się za to zabierać. Takimi małymi kroczkami to przecież nigdy nic nie osiągniesz. Cóż, jeśli próbujesz się za coś zabrać od pół roku i nie wychodzi to i tak bardziej bez sensu już nie będzie. Za to jeśli przez te pół roku codziennie robiłbyś jedną malutką rzecz to teraz prawdopodobnie niewiele by Ci zostało do zakończenia projektu.

To jest bardzo dobry sposób na walkę z prokrastynacją, czyli odkładaniem wszystkiego na później. Robisz coś na tyle małego że nie wymaga wielkiego przygotowania i planowania. Tym samym Cię nie przeraża, więc nie masz problemów z działaniem. Niby wygląda to tak że w ogóle nic się nie dzieje, ale jednak z perspektywy czasu okazuje się że ruszasz do przodu. Takie jedzenie słonia po kawałeczku aż zjesz całego (nie jedz słonia, to przenośnia) 🙂

Okay, do brzegu. Chodzi mi o to, że mała rzecz zrobiona dzisiaj ma o wiele większy efekt niż wielki zryw nie wiadomo kiedy. Wypróbowałam to na sobie, polecam.

To co, za co się teraz zabierasz? 🙂

 

Praktyczny pesymizm

Dla pesymistów i tych, którzy ciągle się przejmują – i chcą coś z tym zrobić!

 

Ostatnio przy okazji słuchania jakiegoś zupełnie niezwiązanego z tematem wywiadu usłyszałam o idei praktycznego pesymizmu. Przypomniało mi się wtedy, że dawno dawno temu stosowałam coś podobnego. Na czym polega ta metoda?

 

Jeśli jesteś pesymistą i bardzo mocno Ci to przeszkadza możesz spróbować prowadzić dziennik, w którym będziesz zapisywać każdy pesymistyczny rozwój wypadków który siedzi Ci w głowie i – uwaga, to bardzo ważne! – jak się wtedy zachowasz i co w takiej sytuacji zrobisz.

 

Tak, jeśli ta metoda ma zadziałać najlepiej jest wszystko ZAPISYWAĆ – cały myk polega na tym, że jeśli tylko przemyślisz rozwój wypadków i swoją reakcję to po pewnym czasie mózg bardzo wygodnie wyprze tą drugą część i zostawi tylko pesymizm. Tymczasem to co na papierze już tak łatwo nie zniknie – zawsze po pewnym czasie możesz zajrzeć do dawnych zapisków i zobaczyć ile z tego się sprawdziło i jeśli coś faktycznie się posypało to co planowałaś z tym zrobić 🙂 Dlatego też świetnie jeśli będzie to dedykowany dziennik a nie zbiorowisko przypadkowych karteczek które można pogubić.

 

Kiedyś stosowałam podobną metodę – być może nie jestem jakąś szczególną pesymistką, za to spokojnie mogłabym zostać zawodowym zamartwiaczem. Zaczęłam więc te moje zmartwienia wpisywać w specjalny notes i na trzeźwo określać jakie jest prawdopodobieństwo że coś złego faktycznie się zdarzy. Wpisywałam wszystko – małe i duże zmartwienia, dotyczące kolejnego dnia i 10 lat naprzód. Już po kilku dniach zauważyłam że mniej się przejmuję i potrafię realniej ocenić sytuację. Nabrałam też trochę pewności siebie. Za każdym razem kiedy coś się spełniało lub nie – też to zapisywałam. Dzięki temu miałam naprawdę ciekawy “pamiętnik”, który świetnie się przeglądało – bo wiecie, większość z moich zmartwień była mocno wydumana lub przynajmniej przerysowana. Rzeczywistość nie była taka straszna 😉 Trzeba było tylko to zobaczyć czarno na białym, napisane własnym pismem i na podstawie faktów. Zgadzam się z Margaret Thatcher:

Dziewięćdziesiąt procent naszych zmartwień dotyczy spraw, które nigdy się nie zdarzą.

Minusem metody jest to, że takie prowadzenie dziennika zajmuje sporo czasu i czasami (szczególnie na początku) ciężko jest się zebrać lub wymyślić rozwiązania do problemów, które się stworzyło. U mnie czynnikiem, który spowodował że przestałam prowadzić taki dziennik był właśnie brak czasu. Myślę jednak, że jeśli ciężko już Ci wytrzymać z samą sobą to jest to świetny pomysł i warto spróbować. Dzięki takiemu pisaniu nie tylko poprawi się Twoje podejście do świata, ale też kreatywność i łatwość rozwiązywania problemów także w innych obszarach. Jedna moja rada: nie odkładaj sobie tego pisania na sam wieczór – później ciężko jest zasnąć, bo albo nie uda Ci się wymyślić rozwiązań i tylko pogorszysz swój stan tuż przed snem albo na odwrót – wpadniesz na tyle pomysłów że głowa nie będzie chciała się uspokoić. Tak tylko ostrzegam 🙂

www.herbalicja.pl

Wiadomo, to tylko jedna metoda, wydaje mi się, że niezbyt znana, więc na niej się skupiłam. Oprócz tego w walce z pesymizmem i zamartwianiem się pomogło mi też:

  • Odcięcie się zupełnie od stron typu Pudelek, plotek ze świata gwiazd itd. Raz, że artykuły są tam denne, a dwa – komentarze pod nimi powodują depresję i zanik wiary w ludzi. Tyle chamstwa, czepialstwa, nienawiści i zwykłego buractwa co tam jest ciężko przeżyć bez żadnego uszczerbku na psychice. Informacje tam zawarte ani nie są mi potrzebne, ani tak naprawdę mnie nie relaksują, nie jestem po nich mądrzejsza a większość zapominam zanim nawet nacisnę krzyżyk w prawym górnym rogu. Ciekawie pisała też o tym Ania TUTAJ . Zamiast przeglądać wyroby pudelkopodobne jeśli jakiś artysta naprawdę mnie interesuje – śledzę jego albo czasami po prostu wyszukuję go i informacji na jego temat.

  • Zostańmy przy śledzeniu – wyrzuciłam ze swojej tablicy na facebooku i w każdy inny sposób przestałam śledzić wszystkie antyfanpage i grupy które charakteryzuje to, że kogoś/czegoś nie lubią. Nie podoba mi się coś – jeśli nie jest wielkim zagrożeniem po prostu to olewam, jeśli jest – staram się dowiedzieć co można na to poradzić (możesz spisywać pomysły w swoim dzienniku 🙂 Może tego nie czuć aż tak mocno, ale ciągła nienawiść i wkurzenie naprawdę źle wpływają na psychikę (przynajmniej moją) i nastawiają negatywnie do ludzi, a stąd już tylko krok do pesymizmu.

  • Przestałam też śledzić strony z umierającymi i cierpiącymi zwierzętami i ludźmi. Jeśli coś mnie porusza – znajduję miejsce które potrafi podejść do tematu w inny, pozytywny i proaktywny sposób – nie tylko zdjęciami torturowanych zwierząt i ewentualnie nawołaniem do podpisania petycji. Nie dołączam do grup pomocy kolejnemu cierpiącemu dziecku. Generalnie nie udaję że jestem lepsza niż jestem. Bez tego też dochodzą do mnie prośby o pomoc, regularnie wspieram wybrane organizacje i nie przechodzę obojętnie jeśli mogę pomóc – ale nie zaśmiecam sobie głowy wszystkimi cierpieniami świata, a szczególnie tymi, na które nic nie mogę w tej chwili poradzić. Możecie sobie pomyśleć że to jest okrutne i jestem paskudnym człowiekiem – ale tak naprawdę wielkość mojej pomocy od tego nie zmalała, a ja nie mam poczucia winy za każdym razem kiedy nie polubię drastycznego materiału – i koszmarów przez kilka kolejnych nocy po jego obejrzeniu.

  • Wiadomości – niestety mało jest wiadomości w tv czy internecie które oferują coś oprócz polityki i katastrof. Staram się filtrować to, co oglądam, chociaż nie zawsze mi się udaje. Dla mnie dobrą taktyką okazało się znaleźć jedną stronę/program którą oglądam, którego format mi odpowiada i tylko tego jednego się trzymam. Wersja drastyczna – można też odciąć się w ogóle. Jeśli wydarzyło się coś naprawdę ważnego tak czy siak się o tym dowiesz, bo będą Cię o tym informować wszyscy i wszystko.

  • W końcu – wiara. Jestem chrześcijanką, pokładam swoją nadzieję w Bogu, wiem co dla mnie zrobił. Jeśli się to sobie uświadomi, ciężko jest być pesymistą 🙂

A Ty masz jakiś pomysł na walkę z pesymizmem i zamartwianiem się? A może jesteś urodzoną optymistką?

Nie wszystko naraz, proszę!

Priorytety, priorytety – dziś znów (tak jest!) o priorytetach

 

Są takie koncepcje w życiu które dla wszystkich oprócz Ciebie wydają się oczywiste. Czasami przychodzi moment olśnienia i bez problemu dołączasz do grona wtajemniczonych, a czasami wiedzę trzeba wyszarpywać po kawałeczku, w bólu i pocie czoła. Dzisiaj opowiem Ci właśnie o takim wyszarpanym kawałeczku, i szczerze mam nadzieję że wszystko już wiesz i stosujesz w swoim życiu – zdecydowanie jest wtedy łatwiej!

 

Sam pomysł jest prosty: nie rób, człowieku, wszystkiego naraz. Tak, oczywiście, przecież wiem, przecież to oczywiste, bla, bla, bla. Tylko ta wiedza mi na przykład wcale nie przeszkadzała w zrywach typu: od poniedziałku zaczynam bloga, dietę, zacznę chodzić na siłownię, sprzedam nieużywane przedmioty i zrobię remont pokoju! To tak na początek, jak z tym się uporam to w kolejnym tygodniu zabiorę się za jeszcze ważniejsze i większe rzeczy! Przesadzam? Nie, niekoniecznie. Nie zawsze tak ekstremalnie, ale tak też miałam.

priorytety

Lubię dawać z siebie 100%. Jestem też bardzo krytyczna wobec siebie i widzę wiele do poprawy w swoim życiu. Najlepiej we wszystkich dziedzinach naraz. Dodaj sobie do tego internet i znajomych zainteresowanych rozwojem osobistym i masz przepis na katastrofę. Wiesz ile w ogóle jest dziedzin życia w takim kółeczku coachingowym? Osiem: rodzina, duchowość i emocje, finanse, życie zawodowe, relaks i rozrywka, rozwój osobisty, przyjaciele i znajomi, zdrowie i kondycja. Teraz w najgorszym momencie swojego życia traf człowieku na takie kółeczko, stwierdź że wszystko leży i kwiczy i musisz w każdej dziedzinie ustanowić sobie cele i priorytety i cisnąć do przodu. Ze wszystkim naraz. Przecież jesteś zwycięzcą! Twoja doba ma tyle samo godzin co doba Beyonce! Dajesz! Ciśniesz!

 

Tak się moja droga ciśnie, ale depresję. Tak właśnie powstają zrywy – takie jak opisane wyżej – i dołki, że jednak nie wychodzi, nie ma siły, do niczego się nie nadaję i jakoś nie jestem zwycięzcą, a nawet zawodnikiem w tym wyścigu nie za bardzo chcę być.

 

Tak właśnie przechodząc ciężki okres w życiu i fizycznie czując się paskudnie zapisałam się jeszcze na kurs biznesowy w innej części Polski. No bardzo fajnie że się zapisałam, ale od razu mnie tam przygnietli do podłogi bo każdy miał biznes, każdy zarabia, jest ekspertem i się rozwija osobiście. No to ja też muszę. I muszę jeszcze to, i to, i tamto. A tu trzeba pracy szukać, a tu biznes swój zaczynać, a tu nad relacjami pracować, nad sobą bo wady mam i nie można mieć ich świadomość i tak to zostawić, i nad dochodem pasywnym też trzeba… Seriale trzeba nadrobić bo się okazuje że jak już pracuję nad relacjami ze znajomymi to zostają albo plotki albo seriale których nie znam… Ale nad innymi znajomymi też muszę pracować bo muszą być tacy co mnie ciągną w górę, i pasję trzeba mieć, i pracować po kilkanaście godzin dziennie, no i jak to, na siłownię nie chodzisz?! Zauważ że to nawet nie wszystkie dziedziny z kółeczka 😉

 

Tak się miotałam przez kilka(naście) miesięcy, niczego tak naprawdę nie osiągając, za to pogrążając się jeszcze bardziej w poczuciu własnej beznadziei i dodatkowo kopiąc swoje (już leżące) zdrowie. Desperacko próbowałam zająć się wszystkim naraz bo miałam poczucie że nie można tak po prostu dać sobie czas na wypłakanie się, ochłonięcie, na zadbanie o siebie i swoje zdrowie. W naszej kulturze to nie wypada, to lenistwo jest. Trzeba odnosić spektakularne sukcesy chociaż w jednej dziedzinie, zasuwać, dać coś zanim się weźmie. Poza tym trzeba z czegoś żyć – w tej chwili mam dach nad głową i jedzenie, ale przecież nie będzie tak zawsze jeśli się nie ruszę, muszę więc ruszyć się już teraz. Kolejny stres, kolejny nakaz w mojej głowie.

 

Pewnie dalej bym się tak miotała jak kot wrzucony do wanny gdybym powoli nie zaczęła sobie uświadamiać że – no właśnie – nie da się zrobić wszystkiego naraz. Nawet wydawałoby się że jeden priorytet, jak powrót do zdrowia, potrzebuję rozbić na mniejsze – na tej podstawie zresztą powstał wpis o najważniejszym nawyku.

priorytety

W końcu przestałam się miotać. Nie jest mi wstyd. Wiem co i dlaczego robię. Od kiedy sobie to uświadomiłam w moim słowniku priorytet występuje tylko w liczbie pojedynczej. Jest jeden priorytet i kropka. Będę go sobie ustanawiać wedle tego czego w danej chwili najbardziej potrzebuję – ja, nie środowisko, normy społeczne, przyjaciele czy rodzina. I wiesz co? Od tej pory żyje mi się o wiele lepiej. Łatwiej mi rozmawiać z super-hiper-produktywnymi znajomymi którzy mają 7 biznesów i pytają o mój pomysł i jego realizację. Łatwiej jest działać. Mam swój kierunek i podążam nim, jeden priorytet naraz.

 

Możliwe że sobie myślisz że to mi zajmie wieki i nigdy nic nie osiągnę i Ciebie to nie dotyczy bo masz zobowiązania, odpowiedzialność i nie możesz sobie odpuścić bo czekają Cię straszne konsekwencje? Zgaduję bo do niedawna też tak myślałam 🙂

 

Wiesz co? Ja też mam zobowiązania. Też nie leżę do góry nogami i się nie obijam. Po prostu mierzę siły na zamiary. Wciąż mam przed sobą wizję braku pieniędzy i dachu nad głową jeśli nie zacznę w tej chwili robić… wszystkiego. Tylko przez ostatnie miesiące robiłam wszystko kosztem tego co najważniejsze, nie wyszło mi i jakoś żyję. Równie dobrze mogę więc przestać się tym zadręczać, skupić się na najważniejszych sprawach i skierować energię tam gdzie faktycznie coś mogę zdziałać. Wtedy nawet jak mnie eksmitują będę miała energię żeby się z tym uporać 😉 Często ten cały stres, nakazy i zakazy siedzą głównie w naszej głowie, a konsekwencje nieposłuszeństwa wcale nie są takie straszne. Trzeba sobie tylko zdać sobie z tego sprawę i jakoś zupełnie inaczej człowiek podchodzi do życia 🙂

 

Po drugie, coś co zauważyłam już dawno ale jednak z uporem osiołka olewałam – mogę sobie założyć nie wiadomo co, wielkie plany, wielkie zmiany – zrobić ze dwa duże skoki i przestać bo mnie to przerasta, a mogę też robić maluteńki kroczek raz dziennie i z radością wyczekiwać kolejnej szansy na minimalne przybliżenie do celu. Jeśli wezmę pod lupę jak to wygląda w skali np. pół roku to zdecydowanie dalej zaprowadzi mnie strategia mini-kroczków. Tak na chłopski rozum, weźmy może naukę angielskiego jako (przejaskrawiony) przykład. Możesz sobie założyć że tydzień przed wakacjami z poziomu początkującego przeskoczysz na zaawansowany – wiesz, masz motywację, będziesz potrafiła się dogadać, specjalnie przeznaczysz na to czas i nic innego nie będziesz robić tylko z pieśnią na ustach zakuwać słówka i wymyślne zdania godne angielskiej królowej, wiesz, te ze wszystkimi pokręconymi angielskimi czasami. Uda się? Coś się pewnie uda, ale nagle się okaże że oprócz nauki angielskiego 24h/dobę trzeba się jeszcze spakować, coś szalenie ciekawego dzieje się na Twojej tablicy na facebooku, wreszcie jest piękna pogoda a Ty tak naprawdę nie masz konkretnego planu więc wszystko rozchodzi się po kościach. Możesz też postawić sobie cel wcześniej, wziąć tylko jeden na klatę, i to taki, który dasz radę udźwignąć, np. nauka 5 słówek dziennie z konkretną aplikacją i obejrzenie filmu po angielsku raz w tygodniu. Po pół roku – w pierwszej opcji nauczysz się 100 słówek a potem zarzucisz naukę bo i tak po już wyjeździe, w drugiej opcji po pół roku umiesz zdecydowanie więcej, nawet jeśli opuścisz kilka dni. Tak w uproszczeniu 🙂

 

A photo posted by Herbalicja (@herbalicja) on

No dobrze kobieto, ale skoro mówisz że nie wszystko naraz, to przecież to potrwa lata świetlne! Tak i nie 🙂 Opowiem Ci jak to wygląda u mnie: najpierw się mocno zastanawiam co jest dla mnie teraz najważniejsze. Rozbijam to sobie na proste, konkretne działanie, które mogę wprowadzić każdego dnia. To bardzo ważne żeby nie brać sobie na głowę ani za dużo ani za mało. Później skupiam się na robieniu tego jak najlepiej, codziennie, przez miesiąc. W tym czasie przeważnie wyrabiam sobie nawyk, przeżywam jakieś mniejsze/większe problemy związane z daną czynnością i nabieram doświadczenia. Po miesiącu zaczynam widzieć czy to coś dla mnie i jak to ewentualnie zmodyfikować.

Zastanawiam się wtedy czy:
a) weszło mi to w krew już na tyle żeby robić to dalej bez problemu,
b) czy potrzebne są jakieś zmiany, czegoś jest za dużo/za mało, coś się nie sprawdza jak powinno,
c) czy dalej jest to priorytet.

 

Na tej podstawie podejmuję kolejne działanie – albo ustalam nowy priorytet z tej samej lub innej dziedziny, albo jeśli nie czuję się pewnie a dalej jest to ważne poświęcam jeszcze trochę czasu na to samo. Kiedy już drobne problemy nie wybijają mnie z rytmu mogę dalej kontynuować co robię i więcej energii przeznaczyć na kolejny priorytet. Tak, czasami jest ciężko, bo chcesz ruszyć z kopyta, dasz sobie przecież radę, teraz masz energię i jest poniedziałek/Nowy Rok i to jest właśnie ten czas żeby zacząć wszystko naraz. Jeśli u Ciebie się to sprawdza – to super! U mnie jednak ta niesamowita chęć do działania nie trwa non stop, za to często pojawiają się życiowe problemy, które testują jak mocno chcę tego co mówię że chcę 😉 Nagle nowa dieta jest wystawiona na próbę bo mama upiekła najpyszniejsze ciasto świata, znajomi wyciągają na pizzę więc artykuł na bloga musi zaczekać, źle oszacowałam ile czasu potrzebuję na projekt więc dzisiaj spać się nie położę… Przykłady można mnożyć. Jeśli priorytet jest jeden to dasz radę powiedzieć innym rzeczom “nie”. Problem pojawia się wtedy, kiedy naraz chcesz dietę, bloga, więcej zleceń i zadbać o zdrowie – nagle okazuje się że nie musisz walczyć z jedną pokusą, a dziesięcioma i tak czy inaczej wychodzisz z tej całej rozgrywki nieszczęśliwa i z poczuciem porażki. Jeśli skupisz się na jednej rzeczy i wyrobisz sobie nawyk to po pierwsze łatwiej jest odmówić, a po drugie nawet jeśli wyskoczysz ze znajomymi na piwo raz na jakiś czas to nie zburzy to wszystkich dotychczasowych starań bo bez problemu wrócisz na dobre tory. Dzięki temu  pomimo że czasami ma się wrażenie ślimaczego tempa (szczególnie w stosunku do znajomego z 7 biznesami) łatwiej jest osiągnąć więcej i utrzymać efekty swojej pracy na określonym poziomie.

 

Okay, mówimy o samych wielkich planach, a jak to odnieść do codziennego życia i małych akcji? Staram się wprowadzić to w życie np. w ten sposób, żeby nie wykonywać wielu zadań naraz oraz żeby być bardziej wybredną jeśli chodzi o to, co mam zamiar zrobić. Przestałam się już łudzić że dobra organizacja czasu oznacza że dam radę zrobić WSZYSTKO, a jeśli nie to coś ze mną jest nie tak. Dobra organizacja czasu oznacza że robię to co jest najważniejsze + DODATKOWO to na co jeszcze czas i siły pozwolą. Sprawia to że jestem bardziej wybiórcza w tym co robię, od czego zaczynam pracę i jak ją organizuję. Zastanawiam się najpierw jaki efekt chcę uzyskać a potem co mogę zrobić w tej chwili żeby jak najbliżej się do niego przybliżyć. Na przykład: mam pół godziny i moim celem jest sprzątnięcie kuchni – zacznę więc od umycia podłogi zamiast przestawienia talerzy w szafce w rogu, bo to da mi największy “efekt łał”. Zostało trochę czasu? Super! Jaka jest kolejna najbardziej rzucająca się w oczy rzecz którą mogę zrobić? Możecie się śmiać, ale dla mnie to przez wiele lat była tajemnica życia. Kiedyś sprzątanie wielkieeeego bałaganu w pokoju zaczynałam od idealnego ułożenia majtek i skarpetek w szufladzie (w której już były ułożone) i po tym nie miałam ochoty na wiele więcej. Eh.

 

Kolejna dziedzina w której można zastosować tę filozofię to wszelkie artykuły typu “10 sposobów na…”. Nie wiem czy Ty też tak masz, ale ja czasami mam fazę pod tytułem “zadbam o cerę!” i wyszukuję 150 sposobów co trzeba zrobić, kupuję 10 maseczek, 2 toniki, 4 płyny micelarne, szczoteczkę do masowania, rękawicę do zdzierania, 6 kremów do nawilżania i kilogram łososia bo podobno świetnie działa od wewnątrz. Potem się okazuje, że 3 maseczki mają brzydki zapach i ich unikam, po jednej skóra wygląda jeszcze gorzej, kremy przeterminowały się gdzieś na dole szuflady a ja wracam do starych nawyków. I na co mi to było? Jak już najdzie mnie taka ochota wynajduję jeden sposób, który najbardziej przyciągnął moją uwagę i wypróbowuję. Działa? Fajnie! Jeśli dalej mam chęć się bawić to dokładam kolejny. To dobry sposób na testowanie czy naprawdę Ci na czymś zależy i ile jesteś w stanie przeznaczyć na dany cel: pieniędzy, czasu, energii. Czasami okazuje się że wcale nie masz ochoty dbać o cerę jak modelka Victoria’s Secret a wystarczy Ci wprowadzenie jednego nawyku albo może w ogóle nie sprawia Ci to przyjemności i nie masz takiej potrzeby. Warto to przetestować przed kupieniem tych wszystkich “niezbędnych do rozpoczęcia” rzeczy. Ciekawie na ten temat pisała też Ania tutaj.

 

Ostatnie co chciałam poruszyć to jaki wpływ ma to moje podejście na Ciebie jako na czytelnika tego bloga. Otóż blog jest gdzieś na liście rzeczy ważnych, ale nie jest w tej chwili tym jednym jedynym priorytetem na szczycie. Znaczy to, że staram się i w miarę możliwości poświęcam mu uwagę i czas, ale nie będę za wszelką cenę wypełniać wszystkich nakazów internetowych guru w stylu: “Musisz pisać raz dziennie!”; “Musisz być na wszystkich platformach społecznościowych!”; “Twoje zdjęcia muszą być takie a takie!”, “Zadbaj o SEO!” itd. Będę starała się pisać regularnie, tak często jak się da, ze zdjęciami takimi jak uda mi się zrobić, z pomysłami jakie będę miała, z poczuciem odpowiedzialności i szacunku do Ciebie, ale też bez wielkiej spiny. Proszę o wyrozumiałość 🙂

 

A photo posted by Herbalicja (@herbalicja) on

W ramach rekompensaty mam dla Ciebie krótkie podsumowanie wpisu, mam nadzieję że się przyda:

  • Nie zaczynaj wszystkiego naraz.
  • Wybierz sobie jedną dziedzinę w której chcesz zmiany, a w niej jeden cel.
  • Rozbij sobie ten cel na konkretne, małe działania, które dasz radę wprowadzić do swojego życia. Zrób z tego priorytet.
  • Skup się na wyrobieniu nawyku z tych działań – powinno to zająć około miesiąca.
  • Po miesiącu sprawdź, czy trzeba coś usprawnić i czy jesteś gotowa na kolejny krok/priorytet.
  • Zaczynaj od najważniejszych rzeczy i dopiero potem zajmij się mniej istotną częścią listy zadań.
  • Sprawdzaj w trakcie (szczególnie przy większych przedsięwzięciach) czy to na pewno kierunek w którym chcesz teraz podążać.
  • Nie daj się zwariować 🙂

Dziękuję za poświęcony czas i życzę Ci miłego dnia!

Priorytety i praca

…czyli o PiPach słów kilka

A dzień dobry! Dzisiaj porozmawiamy sobie o priorytetach i pracy (czyli w skrócie o PiPach). Muszę sobie poukładać w głowie kilka spraw i pomyślałam że może i Tobie się przyda. 

Ale do rzeczy, kobieto, do rzeczy.

Co to w ogóle są te PiPy?

Priorytety

Priorytety (w tym kontekście) to dla mnie coś ważnego w życiu, wartości, którymi chcę się kierować, długofalowe cele, które chcę osiągnąć, coś, co poprawi jakość życia i sprawi, że będę szczęśliwa.

To zadziwiające, jak wiele osób (w tym do niedawna ja):
– nie wie tak naprawdę jakie ma w życiu priorytety, lub
– są one mętne (“yyy…. noooo…. chcę być szczęśliwa, mieć pieniądze itepe, nie? hehe”)
– nie są wcale ich – czyli masz takie bo takie mają wszyscy, takie mieć wypada itd.
– ma priorytety które są już przestarzałe – umówmy się, że inaczej wyglądają priorytety 20-latka i 50-latka. Czasami trzeba się po prostu im przyjrzeć i sprawdzić datę przydatności do użycia.

Ciężko się w takim stanie żyje bo człowiek zasuwa, zasuwa a nic z tego nie ma i w ogóle się w życiu nie porusza do przodu. Kojarzysz takie momenty w swoim życiu? Tak? To teraz, zanim zabierzemy się do pracy, mam dla Ciebie zadanie.

Zastanów się, jakie są Twoje priorytety. Co chcesz osiągnąć w życiu, do czego dążyć, jak spędzać czas? Ty jako Ty, nie patrz na mamę, ciotkę, szefa i przyjaciółkę. To Ty masz się czuć dobrze z tym co tam sobie wymyślisz. Jakie wartości są dla Ciebie najważniejsze? Postaraj się, żeby było jak najbardziej konkretnie. Masz? Okay, to teraz weź kartkę i sobie to wszystko zapisz.

Nie, serio. Zapisz. Nie oszukuj. Zobaczysz, że przyda Ci się nie jeden raz. Zaraz zobaczysz dlaczego, bo wracamy do…

Praca

 

Kiedy już wiesz czego chcesz od życia, trzeba przystąpić do realizacji. No niestety, same to się nawet jajka w Pokemon Go nie wyklują. Trzeba ruszyć tyłek i zasuwać. Tak jest ze wszystkim co wartościowe, najczęściej wymaga zachodu. Witaj na świecie. Jeśli na Twojej liście priorytetów (bo ją spisałaś, prawda?) są takie, które miałaś już wcześniej, zadaj sobie pytanie: co robiłam, żeby faktycznie były priorytetami w moim życiu? Skoro tak ważna jest dla mnie rodzina, to jak to pokazuję w moim życiu? Skoro ważne jest zdrowie, to co konkretnie robię każdego dnia, żeby je utrzymać/poprawić? Nie wiem jak Ty, ale przy takich konfrontacjach ja przeważnie wypadam blado. Nagle okazuje się, że chciałabym, ale… Tylko czy to wtedy naprawdę jest dla Ciebie priorytet, skoro od lat jest ostatni na liście zadań i obowiązków? No właśnie.

Niestety, praca i wysiłek są potrzebne. Wtedy, kiedy się nie chce, kiedy wolisz obejrzeć serial niż podrasowywać CV i szukać nowej pracy, kiedy ciastko wzywa o wiele bardziej niż sałatka… Proste decyzje powtarzane każdego dnia tworzą Twoje życie. Mając ustalone, co jest dla Ciebie najważniejsze, o wiele łatwiej będzie Ci podjąć te najlepsze. Oczywiście, nic się nie stanie jeśli raz na jakiś czas zjesz ciastko, ale jeśli będziesz je wybierać codziennie to cóż… Nie wybierasz szczuplejszego i zdrowego ciała choćbyś nie wiem jak sobie to wmawiała.

PiPy

Jasne, kryzys zawsze lubi się pojawić niezapowiedziany, ale o wiele łatwiej będzie go wyprosić kiedy zerkniesz na swoją listę i wrócisz myślami do tego co dla Ciebie najważniejsze. A jeśli potrzebujesz jeszcze większej dawki motywacji na start, może pomoże Ci też ten wpis? Każdy kiedyś zaczynał

A teraz, wiesz co jeszcze jest ważne?

Równowaga

 

Żeby wycisnąć życie jak cytrynkę potrzebna jest równowaga PiP. Inaczej albo będziesz tylko marzycielem, który nic nie osiąga, albo (jak ja ostatnio), będziesz ciorać jak osiołek nie przybliżając się do celu i zaniedbując to, co dla Ciebie ważne.

Wiesz, to tak jakby przez 30 lat brać wszystkie możliwe nadgodziny żeby kiedyś móc więcej czasu spędzać z rodziną. 😉 Do tego robisz w tej pracy wciąż na maksymalnych obrotach, tak, że nie ma czasu taczki załadować, nie poświęcając nawet chwili na refleksję że skoro już chcesz więcej pieniędzy to może można to osiągnąć mądrzej. Rozumiesz do czego dążę? Jeśli tak to super, jeśli nie to napisz co wyjaśnić 🙂 A tymczasem powiem Ci jeszcze, że…

W życiu są różne momenty. Równowaga PiP praktycznie nigdy nie będzie 50/50. Jest czas zmian, kiedy nagle okazuję się że trzeba zrewidować plan i wprowadzić poprawki – wtedy dobrze jest poświęcić się bardziej planowaniu i upewnić się co do kierunku i tego jak podążyć wyznaczoną drogą. Z kolei kiedy taki plan już masz, pora na konkretne działania i tylko czasami zerknięcie z szerszej perspektywy czy wciąż wszystko się zgadza. Tak czy siak, obydwa elementy są w życiu potrzebne.

Zgadzasz się? To do dzieła, i daj mi znać która PiPa u Ciebie obecnie przeważa 🙂

Skąd się biorą pieniądze?

Jak ułatwić sobie zarabianie pieniędzy

Pieniądze biorą się z bycia użytecznym.

Kropka. Właściwie na tym mogłabym zakończyć wpis.

Jeśli pracujesz na etacie albo jesteś freelancerem, wymieniasz swój czas i kompetencje na pieniądze. To znaczy, że dajesz komuś wartość, za którą jest w stanie zapłacić tyle i tyle. Innymi słowy, dajesz swojemu pracodawcy coś czego potrzebuje i dostajesz za to tyle ile jest to dla niego warte (lub mniej, zależy od Twoich możliwości negocjacyjnych i innych czynników, tu skupiamy się na tym jednym).

No dobrze, ale co z tego wynika, kobieto?

Ano to, że jeżeli zmienisz podejście do pieniędzy to będzie Ci łatwiej zauważać okazje do ich zarobienia.

Odpowiedzią jest dawanie wartości. Nie mówię tutaj oczywiście o przypadkach gdzie szef to typowy krwiopijca i wyzyskiwacz, mówię o normalnych ludziach i sytuacjach z jakimi większość z nas ma do czynienia. Widzisz że coś można zrobić? Zrób to. Widzisz że można coś ulepszyć? Zaproponuj zmianę. Widzisz że można w czymś pomóc? Pomóż. Nie na siłę, nie kosztem życia w firmie, z umiarem, małymi kroczkami, ale dawaj coś wartościowego.

Jeśli się do tego zastosujesz, są naprawdę duże szanse, że Twój wkład zostanie zauważony, dostaniesz premię, podwyżkę i pewnie nie będziesz musiał się każdego dnia martwić o utrzymanie pracy. Nawet jeśli podwyżka przez dłuższy czas nie przyjdzie, zbudujesz poczucie swojej wartości w firmie, zobaczysz swój wkład i łatwiej będzie na podstawie Twoich realnych inicjatyw poprosić o taką podwyżkę samemu.

A jeśli i to nie pomoże… Dzięki temu że wiesz skąd biorą się pieniądze będziesz wiedział jak się dobrze zaprezentować na rozmowie o pracę – potrzebujesz po prostu jak najlepiej pokazać jaką wartość możesz dać i co jest na tyle użyteczne że będą chcieli Ci płacić 🙂

Zresztą, tu nawet nie chodzi tylko o pieniądze. Zrobiłam kiedyś niechcący eksperyment (czy da się zrobić eksperyment niechcący?) i skupiłam się bardzo mocno na pomocy znajomym. Starałam się pomóc rozwiązać ich problemy w taki sposób żeby jak najbardziej pomóc im a nie połechtać swoje ego, przy okazji pokazałam trochę swoich umiejętności… Wiesz, to nie były nawet jakieś wielkie rzeczy, często liczył się entuzjazm i sama chęć pomocy, burza mózgów. Za to efekty bardzo mnie zaskoczyły. Nagle się okazało, że chociaż wcale nie miałam tego na uwadze pomagając, każdy chciał się jednak odwdzięczyć i pomagał mi – a to mnie polecił komuś dalej, a to pojechałam na darmową wycieczkę… do tego zdecydowanie lepiej mają się od tego czasu moje relacje z tymi osobami 🙂

Spróbuj, co Ci szkodzi? 🙂 Oczywiście każdy ma inną sytuację, ale podałam ogólną zasadę więc przy odrobinie wysiłku i kreatywności jestem pewna że dopasujesz ją do siebie 🙂

A teraz bonus, za to że wytrwałeś do końca wpisu: chcesz sobie dorobić? Mam dla Ciebie propozycję. Znajdź znajomego przedsiębiorcę (a najlepiej kilku). Zastanów się, w czym jesteś dobry, w czym mógłbyś pomóc. I znów, nie musi to być od razu coś wielkiego. Może widzisz sposób w jaki można by coś poprawić? Może potrafisz robić strony internetowe/grafikę? Może znasz się na wypełnianiu papierków, masz samochód? Znajdź ze 2-3 rzeczy w których czujesz że możesz pomóc. A teraz pogadaj z tym przedsiębiorcą, zapytaj czy jest coś w tych dziedzinach (lub może przychodzi mu do głowy coś innego pilnego) co mógłbyś dla niego zrobić za x zł. Wybierz realną kwotę, na początek nie od razu grube tysiące, daj się wypróbować 🙂 Wbrew pozorom, szczególnie w małych firmach, zawsze jest coś co chętnie by się oddelegowało na zewnątrz. Zaczniesz od małych rzeczy, a później może nawiążecie stałą współpracę? Nawet jeśli nie wyjdzie, złapiesz trochę doświadczenia 🙂 Co Ty na to?

Jeśli ten tekst jest dla Ciebie przydatny, będzie mi bardzo miło, jeśli dasz znać 🙂

Jaki masz problem?

Czy na pewno wiesz, jaki masz problem? O magii pytań.

Podobno Albert Einstein powiedział:

„Gdybym miał tylko godzinę na uratowanie świata, 55 minut poświeciłbym na zdefiniowanie problemu, a tylko 5 na znalezienie rozwiązania.”

Podobno, ale brzmi mądrze, więc przyjmijmy że tak było 🙂

Czasami jest tak, że przez długi czas, czasami lata całe, myślimy że mamy problem nie do rozwiązania. No nie da się dziada rozwiązać w tym momencie życia i już. Można sobie co najwyżej ponarzekać na swój los. Ja tak mam, i przekonałam się że to nie do końca prawda. Chcesz wiedzieć jak z tym walczyć?

Najlepiej będzie wytłumaczyć to na przykładzie. “Potrzebuję więcej pieniędzy” – myślisz sobie. Jak większość z nas 😉 Po pierwsze, to “więcej” nie jest jakoś szczególnie określone, prawda? Ile to konkretnie ma być? Przecież jak wracasz do domu i znajdziesz 5zł to już masz więcej pieniędzy, prawda? Czy to sprawia że problem znika? Raczej nie, chyba że jesteś Panem Żulem i akurat tyle Ci do szczęścia potrzeba ;). Prawdziwa magia dzieje się jednak kiedy spojrzysz dalej.

Dlaczego potrzebujesz więcej pieniędzy? Czy ma to być tylko jednorazowo większy przypływ gotówki żeby kupić sobie najnowszego iPhone’a? W takim razie postaraj się o dodatkowy zarobek, może będziesz miał w tym czasie mniej czasu ale w dość szybkim czasie powinieneś uzbierać potrzebną kwotę. Zmień więc problem z “potrzebuję więcej pieniędzy” na “potrzebuję dorobić x zł”.

A może potrzebujesz więcej pieniędzy trwale, np. dla rodziny? W takim razie potrzebujesz myśleć długoterminowo – jak możesz np. zmienić pracę na lepszą? Czy potrzebujesz zdobyć jakieś nowe umiejętności? Nie ma co się stresować i wkurzać że to potrwa, jak nic nie zrobisz to też nie poprawisz sytuacji, a tak po czasie (który i tak mija) masz zdecydowanie większe szanse na poprawę jakości życia. W takim wypadku Twój problem to nie “potrzebuję więcej pieniędzy”, a “potrzebuję x zł więcej miesięcznie żeby spiąć budżet”. Może dasz radę podnieść ceny swoich usług lub poprosić o podwyżkę? A może dotyczy Cię problem poniżej?

“Potrzebuję więcej pieniędzy” bo nie potrafię radzić sobie z finansami. Czy na pewno wiesz gdzie uciekają Ci pieniądze? Być może kupujesz coś, co wcale Ci nie jest potrzebne do szczęścia i brakuje na rzeczy istotne? W takim razie najbardziej pomoże Ci nie “więcej pieniędzy” (będziesz mieć te same nawyki, tylko na większą skalę), a lepsze budżetowanie i kontrola nad tym, na co wydajesz.

Kolejny przypadek: “potrzebuję więcej pieniędzy żeby zadbać o swoje zdrowie” lub “potrzebuję więcej pieniędzy żeby być szczęśliwym”. Ojej, ale kto tak powiedział? Tutaj akurat praca do granic możliwości żeby odłożyć na szczęśliwe “później” raczej średnio się sprawdza. Wiem po sobie. Może warto odpuścić sobie pewne rzeczy, a zamiast tego skupić się na byciu szczęśliwym tu i teraz? Jeśli masz wolne tylko pół niedzieli to może nie rób obiadu z trzech dań i szoruj te gary tylko wyjdź na spacer do lasu, poczytaj książkę czy zrób cokolwiek co sprawi Ci radość? Zacznij szukać takich małych chwil które możesz dla siebie ukraść i po prostu odetchnąć. Jeśli masz problemy ze zdrowiem to zrób z tego priorytet. Wiem, że ciężko, że w natłoku zadań to się wydaje zupełnie niedorzeczne, ale spróbuj. Każdego dnia troszkę bardziej. Zobaczysz że bez pieniędzy albo z małą ilością też można poczuć się choć trochę lepiej, a wtedy dużo łatwiej myśleć o tym co dalej 🙂

Kolejny przykład: “potrzebuję więcej pieniędzy żeby zacząć swój biznes”. Ok. Czy wyczerpałeś już wszystkie sposoby? Czy masz pewność że Twój biznes wypali? Czy da się go (choć częściowo) sfinansować z przedsprzedaży produktu/usługi? Może dasz radę pozyskać inwestorów? Kredyt? Cokolwiek? Może możesz początkowo zrezygnować z jakiegoś modułu, coś uprościć, gdzieś obciąć koszty? Może czekając na finanse możesz zająć się czymś innym związanym z biznesem co też przyniesie jakąś korzyść? Zdecyduj się, czy na pewno chcesz zacząć ten biznes, co jest w nim najważniejsze, na jakie ustępstwa jesteś w stanie pójść i zacznij szukać konkretnych rozwiązań z tego miejsca.

Ok, jestem pewna że przypadków można mnożyć, a to tylko jeden przykład problemu. Chodzi o to, żeby stanąć odważnie naprzeciw swojego wielkiego problemu i rozwalić go na jak najmniejsze części odpowiednimi pytaniami. Tak jak Einstein, najpierw skup się na jak najbardziej precyzyjnym określeniu problemu, a dopiero później nad jego rozwiązaniem. Myślę, że zadziała z większością tego z czym się borykasz – jeśli nie rozwiąże całkiem, to chociaż znacznie pomoże. Jeśli sam nie dasz rady się tak przepytać, może masz przyjaciela któremu będzie łatwiej Cię pomęczyć? Tak czy inaczej – powodzenia! 🙂

A jeśli chcesz, daj znać – masz taki “zasiedziały” problem czy to tylko ja? 🙂