Podsumowanie: wrzesień 2016

Czy w połowie października ktoś jeszcze pamięta wrzesień?

Bo ja niekoniecznie 😀 Tym bardziej że było tyle zajęć że nie spisywałam sobie wszystkiego jak powinnam. Ale co tam! Podzielę się tym co pamiętam.

A więc wrzesień zaczął się u mnie od generalnych porządków w domu. Wszyscy mówią o “wiosennych porządkach”, u mnie tak chęć na sprzątnięcie wszystkiego występuje właśnie na początku jesieni. Dosyć niefortunnie, bo byłam mocno przepracowana, a generalne porządki pod tytułem: “dzisiaj tyko pokój dzienny” zakończyły się odsuwaniem o północy lodówki i innych mebli w kuchni i szorowaniem. Zdjęć nie będzie, jeśli chcesz wiedzieć jak to wyglądało odsuń swoją lodówkę (i sprzątnij przy okazji) 😛

Byłam też na wystawie Biblii. Super sprawa, szczególnie z przewodnikiem, który o wszystkim opowiada. Można się dużo dowiedzieć o historii, potrzymać repliki różnych wersji Biblii, np. takiej na skórze jelenia, tłoczonej Biblii Gutenberga czy 11-stokilogramowego tomiszcza.

wrzesień 2016

Tutaj akurat literki, których używał Gutenberg.

wrzesień 2016

Przy okazji dowiedziałam się też że byłabym absolutnie paskudnym skrybą – jeśli popełnił choćby najmniejszy błąd cały zwój lądował w specjalnym pomieszczeniu, którego już nigdy nie opuszczał. Jak byłam mała to też miałam takie podejście do zeszytów szkolnych w związku z czym pisałam najczęściej ołówkiem na jakichś śmiesznych karteczkach. Potem chciałam to ładnie przepisywać do zeszytu ale jakoś przestawałam to robić po około tygodniu. W związku z tym na koniec roku kiedy nauczyciele sprawdzali zeszyty kombinowałam jak tylko mogłam 😉

wrzesień 2016

Na wystawie dowiedziałam się że Biblia kiedyś była uważana za tak świętą że nie można było jej dotknąć, do czytania i przewracania stron były takie śmieszne mini-łapki (jady). Niektórzy wciąż je stosują 🙂 Ogólnie dużo ciekawostek, dużo naprawdę dobrze opowiedzianej historii która sprawia że docenia się Biblię jeszcze bardziej.

Zobaczcie jak pięknie wydana:

wrzesień 2016

wrzesień 2016

A tu widać linie dzięki którym wszystko jest tak pięknie równo napisane:

wystawa Biblii

Nawet jeśli jesteś niewierzący – jeśli tylko będzie w Twoim mieście – warto się wybrać na taką wystawę dla samej niesamowitej historii tej księgi. Sama wystawa nie jest przypisana do żadnej konkretnej religii i jest skupiona na historii, zaczynając od zwojów z Qumran. Jeśli chcesz się dowiedzieć więcej zajrzyj TU.

wrzesień 2016

Pod koniec września spotkałam się też z moją ukochaną przyjaciółką, z którą widzę się średnio raz na rok 😉 Tutaj akurat siedzę z nią koło ruchliwego ronda i wciągam zdrowe, daktylowo – orzechowe ciacho:

podsumowanie: wrzesień 2016

A szukając ciekawej kawiarni z dobrą kawą odkryłyśmy że Szczecin jest… rajem dla surferów?

wrzesień 2016

Tak, jak widać na załączonym obrazku, surfują aż miło:

wrzesień 2016

No i dzięki ogłoszeniu w autobusie odkryłam, że żeby być artystą trzeba mieć lepsze wykształcenie od medyka 😉 Gdyby moje zdjęcie nie było czytelne to podpiszę:
Szkoły artystyczne -> Kierunek pomaturalny
Szkoły medyczne -> Nie wymagamy matury

podsumowanie wrzesień 2016

Na pewno da się to wytłumaczyć, ale mimo wszystko jest zabawne 🙂

Dodatkowo chcę tylko publicznie pochwalić panią z pobliskiego bloku, która zawsze kiedy tamtędy przechodzę coś grzebie pod swoim oknem, dzięki czemu ten podblokowy paseczek ziemi wygląda tak:

wrzesień 2016

We wrześniu też razem z kilkoma innymi blogerkami zrobiłyśmy akcję cukiniową, w ramach której ukazały się u mnie przepisy:

W gotowaniu dzielnie wspierał mnie kot:

 

A na blogu ukazały się również:

  • Wpis motywacyjny  w którym pytam się Ciebie co możesz zrobić teraz, a nie “od poniedziałku”. Ulubiony wpis z tego miesiąca, chociaż bym się tego nie spodziewała 😉 Ale cóż, chcesz prokrastynacji, będziesz mieć prokrastynację! O ile nie odłożę tego na później pojawi się jeszcze coś na ten temat w tym tygodniu. 🙂
  • Wpis lifestylowy o tym co robiłam jak byłam w Hamburgu i Luneburgu. Zero powagi 😉
  • Wpis o pesymizmie który nie spodobał się aż tak jak się spodziewałam. Ha! Cieszę się, znaczy że jesteś radosną kulką szczęścia i optymizmu, która odkłada wszystko na później 😉
  • No i podsumowanie sierpnia, jeśli chcesz się dowiedzieć co robiłam.

Do tego przeczytałam po raz kolejny “Cloud of Sparrows” Takashi Matsuoki* i w wolnych chwilach w ramach odmóżdżenia wróciłam do oglądania Naruto – ostatni raz oglądałam anime na studiach i jakoś tak dzięki książce zatęskniłam za tym światem. Myślałam że do tego czasu już dawno się zakończyło ale nie – dopiero teraz jest koniec! Mamciu, tyle lat. Ogłaszam zakończenie pewnej ery 🙂
*link afiliacyjny

A tutaj wrześniowe linki które sobie pozapisywałam w różnych miejscach:

Biznes i blogowanie:

Uroda i styl:

Fit & Healthy:

Ok, to chyba wszystko czym się chcę podzielić. Lubię te podsumowania, wracać do miłych chwil z danego miesiąca i zobaczyć że nie tylko ganiałam w kołowrotku jak chomik. Jeśli masz taką możliwość – zachęcam, też spróbuj robić takie podsumowania, zobacz, czy to coś dla Ciebie.

A tymczasem pochwal się proszę jakimś sukcesem z września. W końcu czytałeś “Co teraz?”, więc co udało Ci się ruszyć? Jakie małe zwycięstwo osiągnąć?

Gulasz marokański z cukinią i dynią

Dzisiaj mam dla Ciebie przepis w stylu nieco orientalnym – gulasz marokański z cukinią i dynią. Jeśli zaczyna Ci już lecieć ślinka to zapraszam! Tradycyjnie przygotowanie jest opisane w dwóch wersjach 🙂

Oto składniki które będziesz potrzebować (dla 3 osób na dwa dni, bo nie ma co tyle w kuchni siedzieć dla paru kęsów):

  • ok. 350g dyni (dałam pół kilogramowej dyńki, po obraniu mniej więcej tyle wyszło),
  • średnia cukinia,
  • szklanka ugotowanej ciecierzycy,
  • 8 – 10 pomidorów bez skórki lub 2-3 puszki konserwowych,
  • duża czerwona cebula lub 2 mniejsze,
  • 4 daktyle (lub łyżeczka miodu),
  • kawałek imbiru, ok 2-3 cm,
  • 3 ząbki czosnku,
  • starta skórka z połowy cytryny,
  • olej kokosowy do smażenia (najlepiej nierafinowany),
  • po pół łyżeczki cynamonu, kurkumy, curry i nasion kolendry,
  • sól (najlepiej himalajska lub kłodawska),
  • świeża kolendra (opcjonalnie),
  • sezam (opcjonalnie),
  • kasza jaglana lub komosa ryżowa do podania (na zdjęciach akurat z ryżem).

A oto co trzeba zrobić (wersja normalna):

Ciecierzycę namocz na 6-8 h i ugotuj zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Obierz dynię i pokrój w kostkę. Posyp częścią mieszanki przypraw i oprósz solą. Piecz w piekarniku nagrzanym do 180° przez około 15 minut.

W międzyczasie cukinię pokrój w kostkę i podsmaż na oleju kokosowym z odrobiną soli. Przełóż ją do miseczki, a na olej wrzuć pokrojoną w piórka cebulę, starty imbir, zmiażdżony czosnek i mieszankę przypraw. Mieszaj przez chwilę nie dając się czosnkowi przypalić. W razie potrzeby dodaj jeszcze trochę oleju kokosowego.

Po chwili dodaj obrane i pokrojone pomidory – świeże lub z puszki – oraz pokrojone w cieniutkie paseczki daktyle. Dopraw solą i gotuj około 10 minut. Jeśli sos wyjdzie zbyt gęsty dolej trochę wrzątku.

Następnie dodaj ugotowaną ciecierzycę i startą skórkę z cytryny, wymieszaj i gotuj około 10 – 15 minut. Po tym czasie dodaj cukinię i dynię, wymieszaj, spróbuj i ewentualnie dodaj przypraw.

Podawaj z kaszą jaglaną, prażonym sezamem i świeżą kolendrą. W oryginalnym przepisie na którym bazowałam (z książki “Jaglany Detoks” Marka Zaremby*) potrawa ta podawana jest z kaszą jaglaną a la kuskus z migdałami i granatem. Jeśli jesteś zainteresowany lub przepis Ci zasmakował to zapraszam do zakupu – warto 🙂

*link afiliacyjny

gulasz cukinia dynia

A tu przygotowanie – wersja reżyserska:

Na początku pragnę tylko powiedzieć że to jeden z tych przepisów które tak naprawdę trzeba zacząć przygotowywać dzień wcześniej. Jeśli to Cię nie zraziło to zapraszam, choć raz w życiu warto wypróbować bo jest to naprawdę “coś innego” – jeśli oczywiście na co dzień nie gotujesz w tym stylu, bo i takie osoby znam 🙂

Tak więc zaczynamy przygotowania wieczór wcześniej od namoczenia na noc ciecierzycy. Jeśli wstajesz wcześnie rano i gotujesz później możesz też namoczyć ją rano, po prostu potrzebuje się popluskać przed gotowaniem ok. 6 – 8h. Potem wrzucasz ją do garnka i gotujesz ok. godziny zgodnie ze wskazówkami na opakowaniu i przez ten czas praktycznie się nią nie przejmujesz.

Przejąć się za to możesz dyńką, bo teraz jej kolej. Najpierw tylko nastaw piekarnik na 180°, niech się już chłopak przygotowuje na randkę. A więc dyńka: trzeba ją obrać i pokroić, a nie jest to wcale łatwe zadanie. Przypomina trochę walkę więc włączyłam sobie do tego program o bitwie pod Cedynią  – przy okazji dowiedziałam się że wcale to nie było takie nasze miażdżące zwycięstwo jak to sobie zapamiętałam z historii. Hm. Kiedy będziesz o tym rozmyślać a z głośników popłynie historia o Popielu i myszach pokrój dynię w kostkę, ułóż na blaszce na papierze do pieczenia, posyp delikatnie solą i częścią mieszanki przypraw i zaproś na szybką, 20-minutową randkę z piekarnikiem.

Teraz pora na cukinię. Ją też pokrój w kostkę i podsmaż na oleju kokosowym z dodatkiem soli. Przełóż na miseczkę. Teraz – znów na oleju kokosowym – podsmaż pokrojoną w piórka cebulę, starty imbir, zmiażdżony czosnek oraz przyprawy.

Następnie dodaj obrane ze skórki i pokrojone świeże pomidory lub pomidory z puszki. Ups! Zorientuj się że jednak ich nie kupiłaś i poratuj się dwoma małymi opakowaniami passaty pomidorowej. Zje się.

Okay. To teraz pora na pokrojone w cieniutkie paseczki daktyle. Ups! Zerknij do szafki i zobacz że to akurat wczoraj kupiłaś, ale rodzina wyżarła w nocy w ramach protestu bo nie chciałaś kupić czekolady. Dodaj łyżeczkę miodu. Zje się.

Pamiętaj żeby odebrać dynię z randki! Zobacz, czy nie błaga już o pretekst do zakończenia wieczoru z piekarnikiem.

Jeśli wszystko masz pod kontrolą to daj popyrkać swojemu sosikowi przez około 10 minut, co jakiś czas mieszając. Następnie dodaj ugotowaną ciecierzycę i startą skórkę z cytryny i daj im kolejne 10 minut na oswojenie się zanim przedstawisz cukinię i dynię. Kiedy już wszystko dodasz wymieszaj i zobacz, czy nie brakuje jakichś przypraw. Jeśli tak – wiesz co robić.

Przeważnie podaję to danie z kaszą jaglaną, posypane prażonym sezamem i świeżą kolendrą, ale jeśli masz jakiś inny pomysł to śmiało! Baw się 🙂

www.herbalicja.pl

Dzisiejszy wpis jest zamknięciem akcji cukiniowej i rozpoczęciem akcji dyniowej. W tym miesiącu razem z kilkoma innymi blogerkami będziemy przedstawiać wam przepisy właśnie z dynią. Przyznaję, twarda z niej babka, ale jeśli poświęcisz jej trochę uwagi odnajdziesz jej słodkie i wielowymiarowe wnętrze – a my Ci w tym pomożemy!

Jeśli masz swój ulubiony przepis na dynię podziel się z nami zdjęciem dodając #akcjadyniowa. Jeśli natomiast potrzebujesz inspiracji to zapraszam na ostatnie przepisy z cukinii:

Pierwsza tura przepisów z dyni:

  • Ania dała przepis na puree dyniowe.
  • Agnieszka też proponuje swoje puree z dyni – jak widać to dyniowa podstawa 🙂
  • Karolina dodała prosty przepis na dynię:

Smacznego!

Co teraz?

Dziś chciałabym Cię zachęcić do robienia, a nie czytania. Czytanie jest pożyteczne, pod warunkiem że wprowadzasz w życie co trzeba 🙂

Gotowy do działania? Okay, to jedziemy! Oto Twoje wyzwanie na dziś:

Co możesz zrobić żeby przybliżyć się do swojego celu – teraz? W tym momencie? Niech będzie nawet najmniejszy kroczek – ale teraz! Bez wielkich inwestycji czy przygotowań, choćby mała akcja którą możesz podjąć dzisiaj.

  • Twoim celem jest lepsze zdrowie, zrzucenie wagi itp.? Jak możesz podjąć lepszy wybór co do następnego posiłku? Może wysiądź dzisiaj przystanek wcześniej i dojdź do domu? Może zamiast kolejnej kawy, napij się wody? Nie czekaj do poniedziałku żeby na 100% zacząć dietę albo na nowy miesiąc żeby zacząć chodzić na siłownię 3 razy w tygodniu. Zacznij od małej rzeczy dziś, jutro dołóż kolejną, i w poniedziałek będziesz już o kilka dobrych wyborów do przodu 🙂
  • Co z tym wielkim projektem którym się zajmujesz ale jakoś porządnie zająć się nie możesz? Jaka jest najmniejsza akcja którą możesz dzisiaj podjąć? Nie chodzi o to żeby zacząć teraz panikować i wymyślać nie wiadomo co – prosta, malutka czynność. Może się nawet wydawać mało znacząca w tym momencie, ma Cię po prostu nie przerażać.
  • Chcesz zmienić pracę? Może zabierasz się do tego od 3 miesięcy – jak będziesz mieć czas – bo trzeba włożyć w to dużo pracy? Okay, a masz dziś 15 minut? Podpowiedź: masz, skoro tu jesteś. To poszukaj interesujących Cię ogłoszeń i zapisz na później. Umów się do fotografa na zdjęcia do CV. Poszukaj wzoru który Ci się podoba. Uzupełnij swój profil na LinkedIn. Zrób cokolwiek.
  • A teraz inny przykład. Może siedzisz w pracy zestresowany i nie wiesz w co ręce włożyć? Wybierz jedną rzecz, którą zrobisz. Ale uwaga: haczyk jest taki, żeby w ciągu 3 minut być produktywnym. Czyli jeżeli spośród miliona spraw do załatwienia wybrałeś przeglądanie Facebooka to mam dla Ciebie złą wiadomość – nie o to nam chodzi 😉 Wybierając coś pożytecznego co da się załatwić szybko i bezboleśnie sam sobie dajesz kopa motywacyjnego, zastrzyk energii że coś się udało. Łatwiej wtedy wpaść w ciąg załatwiania spraw a nie tylko stresowania się nimi.

Może wydawać się że to co robisz jest tak małe że w ogóle bez sensu się za to zabierać. Takimi małymi kroczkami to przecież nigdy nic nie osiągniesz. Cóż, jeśli próbujesz się za coś zabrać od pół roku i nie wychodzi to i tak bardziej bez sensu już nie będzie. Za to jeśli przez te pół roku codziennie robiłbyś jedną malutką rzecz to teraz prawdopodobnie niewiele by Ci zostało do zakończenia projektu.

To jest bardzo dobry sposób na walkę z prokrastynacją, czyli odkładaniem wszystkiego na później. Robisz coś na tyle małego że nie wymaga wielkiego przygotowania i planowania. Tym samym Cię nie przeraża, więc nie masz problemów z działaniem. Niby wygląda to tak że w ogóle nic się nie dzieje, ale jednak z perspektywy czasu okazuje się że ruszasz do przodu. Takie jedzenie słonia po kawałeczku aż zjesz całego (nie jedz słonia, to przenośnia) 🙂

Okay, do brzegu. Chodzi mi o to, że mała rzecz zrobiona dzisiaj ma o wiele większy efekt niż wielki zryw nie wiadomo kiedy. Wypróbowałam to na sobie, polecam.

To co, za co się teraz zabierasz? 🙂

 

Hamburg i Luneburg – krótka wycieczka krajoznawcza

Na początku powiedzmy sobie szczerze – to nie był wyjazd ze względu na miejsce, a ze względu na ludzi. Pojechałam odwiedzić przyjaciółkę a nie rozbijać się po modnych restauracjach i pisać przewodniki, dlatego nie znajdziesz tutaj porad gdzie zjeść i co zobaczyć. Tym niemniej zapraszam na spojrzenie na Niemcy moim okiem 🙂

Hamburg

Na początek najmniej fajne doświadczenie, czyli wszechobecne automaty z papierosami. Ten akurat był na stacji kolejowej gdzie miałam przesiadkę. Na tej stacji też po raz kolejny przekonałam się że przyciągam ludzi pytających o wskazówki, szczególnie jeśli jestem w obcym sobie miejscu 🙂 Na peronie stało kilka osób, a to mnie urocza starsza pani zaczepiła o coś po niemiecku, pomimo że stałam najdalej. Także ten… jeśli chcesz spytać jak gdzieś dojechać to się polecam. Nigdy nie wiem 🙂

Niemcy są zabawnym krajem jeśli zna się polski, angielski i minimalnie niemiecki i ma się wyobraźnię. Kilka przykładów:

Hamburg

Da capo talento – mafia talentów 🙂

Hamburg

Landungsbrucken – lądowisko cegieł 🙂

Hamburg

Konigstrasse – ulica konika 🙂

Hamburg

Niby jesteś tym co jesz, ale tutaj wszyscy mieszkańcy są Hamburgerami. Mój gospodarz też urodził się jako Człowiek – Hamburger.

Za to samo miasto jest piękne – szczególnie Rathaus, czyli Dom Szczurów. Wejście wygląda tak:

Hamburg

Fontanna dla szczurów:

Hamburg

Wnętrze domu szczurów:

Hamburg

Sufit:

Hamburg

Woda dla szczurów (paskudztwo, nie?):

Hamburg

I jedno z moich ulubionych zdjęć – kocham takie klimaty:

Hamburg

Warto być szczurem w Niemczech, prawda? A tu już inne budynki i atrakcje w Hamburgu:

Hamburg

Hamburg

Szalenie podobają mi się te schody, kojarzą mi się z Harrym Potterem:

Hamburg

A to budynek po którym wszyscy biegali w górę i w dół:

Hamburg

My też się na niego wdrapaliśmy, i zobaczyliśmy ślizgawkę dla łódek:

Hamburg

A po drugiej stronie dźwigozaury i jaja dźwigozaurów:

Hamburg

Hamburg

A tu jeszcze aztecka kolumna w Niemczech. Hmmm.

Hamburg

 

Luneburg:

W Luneburgu polecili mi sfotografować takie coś, podobno jest bardzo stare i przyciąga wielu turystów:

Hamburg

Bardziej mi się jednak spodobał pobliski budynek, który kojarzy mi się z sękaczem a w środku jest sklep z ręcznie robionymi cukierkami (podobno):

Hamburg

Ogólnie Luneburg jest piękny:

Hamburg

Hamburg

Tylko moje zdolności fotografowania są takie: krzywo, źle, ze słupem na środku i nogą bo czemu nie 😀

Hamburg

To był Luneburski Dom Szczurów, a poniżej kolejny krzywy dom w Luneburgu:

Hamburg

Hamburg

Byłam też w takim wspaniałym sklepie z przysmakami:

Hamburg

Hamburg

Cały sklep z czekoladami, słodyczami, smakowymi olejami z oliwek, makaronami, alkoholami:

Hamburg

Zakochałam się. Mogłabym prowadzić taki sklep 🙂

Hamburg

Hamburg

Tej letniej miłości na pewno pomogło że byłam szalenie głodna a po całym sklepie były porozkładane różne pyszności których mogłam spróbować 🙂

Hamburg

Skoro już jesteśmy przy jedzeniu, to moja dieta podczas wyjazdu wyglądała mniej więcej tak: lody które mnie przekupiły głównie kolorową posypką na wafelku:Hamburg

Tania pizza o północy z dziewczynami:

Hamburg

Burger (dziwny) ze słodkimi frytkami (dziwne):

Hamburg

O mamuniu, jak ja się wytłumaczę dietetyczce? :O

Z innych rzeczy, przekonałam się że niektóre stereotypy są prawdziwe. Oto most miłości w Luneburgu – zobaczcie jak równo założone są kłódki:

Hamburg

A tu most miłości w Gdańsku i polska kreatywność 🙂

Hamburg

(Tak, balustrady są inaczej zbudowane, po prostu nie zadawaj pytań i raduj się ze mną, okay? 🙂

Zobaczyłam też że w sieciówce można kupić tradycyjne niemieckie stroje z różnych landów:

Hamburg

Chciałabym żeby w Polsce też tak było 🙂

Poza tym pozowałam na sesji. W drodze wyglądałam tak:

Hamburg

A w trakcie i w obiektywie prawdziwego fotografa już tak:

 

Zapraszam na fanpage Justyny 🙂 i zostawiam Cię mam nadzieję z uśmiechem na ustach 🙂 Miłego!

 

 

 

 

 

 

 

 

Kasza jaglana z cukinią, marchewką i brokułem

…i wszystkim co sobie wymarzysz 🙂

 

Heloł, przed Tobą drugi wpis z cukinią w tle (pierwszy znajdziesz tu). Tym razem zabieram Cię do krainy pod tytułem “co lodówka przyniesie”. A przyniosła kaszę jaglaną z warzywami, która ma taką fantastyczną zaletę że gotujesz ją raz i jesz do oporu. U mnie z takiej porcji jak na foto wyszła gigantyczna patelnia dla 2 żarłoków na 3 dni 😉 Kolejną zaletą jest to że możesz sobie zmieniać proporcje, wyrzucać, dorzucać – wedle uznania i zawartości lodówki. Ja jednak przyzwyczaiłam się do takiej wersji i taką polecam.

kasza jaglana z warzywami

Składniki:

  • kasza jaglana (2 woreczki)
  • cukinia – u mnie 3 małe
  • marchewka – 2 sztuki
  • mały brokuł lub pół dużego
  • kilka pomidorków koktajlowych
  • kawałek imbiru (ok. 2 – 3 cm)
  • czosnek – 3 ząbki
  • czerwona cebula
  • oliwa z oliwek
  • przyprawy – jakie lubisz, u mnie kurkuma, pieprz, sól himalajska, zioła na zdrowie, chilli
  • opcjonalnie – kilka listków bazylii, łyżka sezamu.

 

Przygotowanie, wersja normalna:

Kaszę jaglaną dobrze opłucz i ugotuj wg wskazówek na opakowaniu. Brokuła podziel na różyczki, cukinię i marchewkę pokrój w kostkę. Cebulę pokrój w piórka, czosnek i imbir drobniutko posiekaj. Na dużej patelni rozgrzej oliwę, wrzuć czosnek i imbir, po chwili dodaj marchewkę. Podsmażaj aż zmięknie, następnie dodawaj stopniowo: cebulę, brokuła, cukinię, pomidorki i przyprawy. Podduś aż warzywa zmiękną, możesz nieco je podlać wodą lub bulionem. Na koniec dodaj ugotowaną kaszę jaglaną, wymieszaj, posyp sezamem i udekoruj liśćmi bazylii. Smacznego!

 

Przygotowanie, “wersja reżyserska”:

Początek jest taki sam: kaszę jaglaną trzeba dobrze wypłukać i ugotować w osolonej wodzie. Na razie prosto i przyjemnie, ale zaraz zacznie się horror. Tymczasem przez chwilę potrzymam Cię jeszcze w niepewności, bo najpierw potrzebujemy cieniutko pociachać imbir i czosnek i wrzucić na patelnię z oliwą z oliwek. Zaraz po czosnku i imbirze wrzucamy pokrojoną marchewkę i dusimy dziewczynę (mówiłam że horror!). Tylko uważaj żeby jej nie przypalić, chcemy ją po prostu trochę podsmażyć i poddusić aż zmięknie (eh…). Teraz pora na obranie i pocięcie cebuli w piórka, więc spokojnie możesz popłakać nad losem który zgotowałeś marchewce. Cebulę wrzuć na patelnię, odczekaj chwilę i dorzuć brokuła. Powinien być podzielony na różyczki, ja kroję drobno i dorzucam też nogę. Niektórzy zostawiają taką nogę i dodają później do koktajli, ale to nie jest jeszcze mój poziom zdrowotnego szału 😉

 

Po chwili dodaj też na patelnię cukinię i pomidorki. Dzięki temu że wrzucamy składniki po kolei na rozgrzaną patelnię niejako “zamykamy smak” w każdym warzywku i nie robi się z tego zupa warzywna w wersji do gryzienia 😉 Pomidorki możesz też przekroić przed dodaniem, nadadzą przyjemnego posmaku całej potrawie ale wtedy licz się z tym że zostaną Ci same skórki które trzeba będzie powyciągać przed jedzeniem. Akurat na ostatecznym zdjęciu widać że swoje pomidorki wrzuciłam za późno, ale zupełnie o nich zapomniałam 😀 Wrzucone w całości powinny na koniec gotowania być pomarszczone.

 

Kiedy już wszystkie warzywa są na patelni dodaj swoje ulubione przyprawy wedle uznania i duś wszystko pod przykryciem aż zmięknie. Możesz dodać kilka łyżek bulionu lub wody, ale uważaj z ilością – naprawdę nie potrzeba dużo. Kiedy już warzywa nadają się do jedzenia dodajemy ugotowaną kaszę jaglaną (ja swoją przed dodaniem wymieszałam z kurkumą), mieszamy, posypujemy sezamem i liśćmi bazylii i jemy! Możesz też na talerz nałożyć najpierw kaszę a dopiero później warzywa, wtedy będzie estetyczniej, gorzej tylko potem podgrzewać 🙂

 

To jest wersja przepisu dla zapracowanych, bo tak jak pisałam – gotujesz raz, jesz przez kilka dni. Jeśli chcesz dodać potrawie luksusu a sobie roboty, możesz zrobić też tak: marchewkę zamarynuj w oliwie z czosnkiem i imbirem, ułóż na papierze do pieczenia i wsadź do piekarnika rozgrzanego do 180° na ok. 15 minut.

 

Różyczki brokuła włóż wtedy do wrzątku i gotuj ok. 4-5 minut, a cukinię podsmaż na patelni oddzielnie. Dopiero na sam koniec połącz wszystkie składniki i podsmaż jeszcze chwilkę. Zdecydowanie jest przy tym więcej roboty i zmywania, ale smak też jest lepszy. No i wciąż masz potrawę na kilka dni 😉

Wygląda jak typowe danie jednogarnkowe, czyli nie do końca zachęcająco, ale jeśli kochasz warzywa to i tę potrawę pokochasz (mam nadzieję) 🙂

Oryginalny przepis na którym bazowałam przy moim kombinowaniu pochodzi z książki “Jaglany detoks” Marka Zaremby*, a znalazł się tutaj ponieważ we wrześniu wraz z kilkoma innymi blogerkami prowadzimy #akcjacukiniowa i dodajemy przepisy właśnie z cukinią w roli głównej. Oprócz mnie przepisy dodały także:

A na koniec kot – pomocnik:

 

*link afiliacyjny

Praktyczny pesymizm

Dla pesymistów i tych, którzy ciągle się przejmują – i chcą coś z tym zrobić!

 

Ostatnio przy okazji słuchania jakiegoś zupełnie niezwiązanego z tematem wywiadu usłyszałam o idei praktycznego pesymizmu. Przypomniało mi się wtedy, że dawno dawno temu stosowałam coś podobnego. Na czym polega ta metoda?

 

Jeśli jesteś pesymistą i bardzo mocno Ci to przeszkadza możesz spróbować prowadzić dziennik, w którym będziesz zapisywać każdy pesymistyczny rozwój wypadków który siedzi Ci w głowie i – uwaga, to bardzo ważne! – jak się wtedy zachowasz i co w takiej sytuacji zrobisz.

 

Tak, jeśli ta metoda ma zadziałać najlepiej jest wszystko ZAPISYWAĆ – cały myk polega na tym, że jeśli tylko przemyślisz rozwój wypadków i swoją reakcję to po pewnym czasie mózg bardzo wygodnie wyprze tą drugą część i zostawi tylko pesymizm. Tymczasem to co na papierze już tak łatwo nie zniknie – zawsze po pewnym czasie możesz zajrzeć do dawnych zapisków i zobaczyć ile z tego się sprawdziło i jeśli coś faktycznie się posypało to co planowałaś z tym zrobić 🙂 Dlatego też świetnie jeśli będzie to dedykowany dziennik a nie zbiorowisko przypadkowych karteczek które można pogubić.

 

Kiedyś stosowałam podobną metodę – być może nie jestem jakąś szczególną pesymistką, za to spokojnie mogłabym zostać zawodowym zamartwiaczem. Zaczęłam więc te moje zmartwienia wpisywać w specjalny notes i na trzeźwo określać jakie jest prawdopodobieństwo że coś złego faktycznie się zdarzy. Wpisywałam wszystko – małe i duże zmartwienia, dotyczące kolejnego dnia i 10 lat naprzód. Już po kilku dniach zauważyłam że mniej się przejmuję i potrafię realniej ocenić sytuację. Nabrałam też trochę pewności siebie. Za każdym razem kiedy coś się spełniało lub nie – też to zapisywałam. Dzięki temu miałam naprawdę ciekawy “pamiętnik”, który świetnie się przeglądało – bo wiecie, większość z moich zmartwień była mocno wydumana lub przynajmniej przerysowana. Rzeczywistość nie była taka straszna 😉 Trzeba było tylko to zobaczyć czarno na białym, napisane własnym pismem i na podstawie faktów. Zgadzam się z Margaret Thatcher:

Dziewięćdziesiąt procent naszych zmartwień dotyczy spraw, które nigdy się nie zdarzą.

Minusem metody jest to, że takie prowadzenie dziennika zajmuje sporo czasu i czasami (szczególnie na początku) ciężko jest się zebrać lub wymyślić rozwiązania do problemów, które się stworzyło. U mnie czynnikiem, który spowodował że przestałam prowadzić taki dziennik był właśnie brak czasu. Myślę jednak, że jeśli ciężko już Ci wytrzymać z samą sobą to jest to świetny pomysł i warto spróbować. Dzięki takiemu pisaniu nie tylko poprawi się Twoje podejście do świata, ale też kreatywność i łatwość rozwiązywania problemów także w innych obszarach. Jedna moja rada: nie odkładaj sobie tego pisania na sam wieczór – później ciężko jest zasnąć, bo albo nie uda Ci się wymyślić rozwiązań i tylko pogorszysz swój stan tuż przed snem albo na odwrót – wpadniesz na tyle pomysłów że głowa nie będzie chciała się uspokoić. Tak tylko ostrzegam 🙂

www.herbalicja.pl

Wiadomo, to tylko jedna metoda, wydaje mi się, że niezbyt znana, więc na niej się skupiłam. Oprócz tego w walce z pesymizmem i zamartwianiem się pomogło mi też:

  • Odcięcie się zupełnie od stron typu Pudelek, plotek ze świata gwiazd itd. Raz, że artykuły są tam denne, a dwa – komentarze pod nimi powodują depresję i zanik wiary w ludzi. Tyle chamstwa, czepialstwa, nienawiści i zwykłego buractwa co tam jest ciężko przeżyć bez żadnego uszczerbku na psychice. Informacje tam zawarte ani nie są mi potrzebne, ani tak naprawdę mnie nie relaksują, nie jestem po nich mądrzejsza a większość zapominam zanim nawet nacisnę krzyżyk w prawym górnym rogu. Ciekawie pisała też o tym Ania TUTAJ . Zamiast przeglądać wyroby pudelkopodobne jeśli jakiś artysta naprawdę mnie interesuje – śledzę jego albo czasami po prostu wyszukuję go i informacji na jego temat.

  • Zostańmy przy śledzeniu – wyrzuciłam ze swojej tablicy na facebooku i w każdy inny sposób przestałam śledzić wszystkie antyfanpage i grupy które charakteryzuje to, że kogoś/czegoś nie lubią. Nie podoba mi się coś – jeśli nie jest wielkim zagrożeniem po prostu to olewam, jeśli jest – staram się dowiedzieć co można na to poradzić (możesz spisywać pomysły w swoim dzienniku 🙂 Może tego nie czuć aż tak mocno, ale ciągła nienawiść i wkurzenie naprawdę źle wpływają na psychikę (przynajmniej moją) i nastawiają negatywnie do ludzi, a stąd już tylko krok do pesymizmu.

  • Przestałam też śledzić strony z umierającymi i cierpiącymi zwierzętami i ludźmi. Jeśli coś mnie porusza – znajduję miejsce które potrafi podejść do tematu w inny, pozytywny i proaktywny sposób – nie tylko zdjęciami torturowanych zwierząt i ewentualnie nawołaniem do podpisania petycji. Nie dołączam do grup pomocy kolejnemu cierpiącemu dziecku. Generalnie nie udaję że jestem lepsza niż jestem. Bez tego też dochodzą do mnie prośby o pomoc, regularnie wspieram wybrane organizacje i nie przechodzę obojętnie jeśli mogę pomóc – ale nie zaśmiecam sobie głowy wszystkimi cierpieniami świata, a szczególnie tymi, na które nic nie mogę w tej chwili poradzić. Możecie sobie pomyśleć że to jest okrutne i jestem paskudnym człowiekiem – ale tak naprawdę wielkość mojej pomocy od tego nie zmalała, a ja nie mam poczucia winy za każdym razem kiedy nie polubię drastycznego materiału – i koszmarów przez kilka kolejnych nocy po jego obejrzeniu.

  • Wiadomości – niestety mało jest wiadomości w tv czy internecie które oferują coś oprócz polityki i katastrof. Staram się filtrować to, co oglądam, chociaż nie zawsze mi się udaje. Dla mnie dobrą taktyką okazało się znaleźć jedną stronę/program którą oglądam, którego format mi odpowiada i tylko tego jednego się trzymam. Wersja drastyczna – można też odciąć się w ogóle. Jeśli wydarzyło się coś naprawdę ważnego tak czy siak się o tym dowiesz, bo będą Cię o tym informować wszyscy i wszystko.

  • W końcu – wiara. Jestem chrześcijanką, pokładam swoją nadzieję w Bogu, wiem co dla mnie zrobił. Jeśli się to sobie uświadomi, ciężko jest być pesymistą 🙂

A Ty masz jakiś pomysł na walkę z pesymizmem i zamartwianiem się? A może jesteś urodzoną optymistką?

Podsumowanie: sierpień 2016

Ach, sierpień. Mam wrażenie że wszyscy byli na wakacjach a ja zasuwałam jak mały samochodzik (pomimo że wyjazdy też się zdarzały).

 

Zacznijmy od tego, że pod koniec lipca postanowił paść mi telefon – na szczęście po jego gburowatym zachowaniu już się tego domyślałam i miałam przygotowany zamiennik. Przygotować backupu wszystkiego co potrzebowałam już nie zdążyłam, pierwsze dni sierpnia spędziłam więc na infoliniach, w bankach i innych ciekawych miejscach żeby odzyskać co się da. Także ten… pięknie Cię zachęcam – rób backupy. Przydają się.

 

W sierpniu byłam też z rodzicami u dziadków i wujków na drugim końcu Polski, pozałatwiać rodzinne sprawy. Mieszkaliśmy u wujka i cioci w lesie, miał być czas na relaks i odcięcie się od wszystkiego ale wzięliśmy sobie na głowę zbyt dużo i skończyło się gonitwą z miejsca na miejsce i wiecznym spóźnieniem.

 

Chociaż nie wszystko stracone, od wujka dostałam książki, od cioci kosmetyki i herbatkę – ciocia prowadzi wraz ze wspólniczkami sklep. To dopiero fajna rodzina – nie dość że u nich mieszkasz to jeszcze dadzą Ci prezenty 😉 Oczywiście my im też coś zawieźliśmy 🙂 A co do książek to mam nadzieję je niedługo przeczytać – mam wrażenie że jestem jedyną osobą na świecie która nie czytała Kiyosakiego. Na razie czekają dzielnie na samym dole kupki “do przeczytania”.

sierpień 2016

W desperackiej próbie zwiedzenia czegokolwiek i odstresowania pojechaliśmy do Ikei (mój pierwszy raz – zakochałam się!) i do Sławkowa, który jest podobno starszy niż Kraków. Zdjęć zbyt dużo nie mam (zła blogerka) ale często na wyjazdach nagrywam filmiki na instagramie, gdzie pokazuję co robię i gdzie jestem, więc zapraszam.

 

Wróciłam! A tu moje jedyne zdjęcie z Krakowa 🙈

A photo posted by Herbalicja (@herbalicja) on

Tu jest moje jedyne zdjęcie ze Sławkowa – zgadnij na jakiej ulicy jestem? 🙂

sierpień 2016

Był też szybki grill z rodzinką, na którym babcia sprzedała mi prawdę: “Dobry człowiek dobrze wygląda”. Okazuje się że babcia od zawsze była przy kości i zwykła mawiać właśnie że “dobry człowiek dobrze wygląda” – gdzie “dobrze” oznacza “pulchnie” 🙂 Argumentuje to tym że wiedźmy w bajkach zawsze były chude 😀 Grill odbył się akurat w noc kiedy miały być widoczne Perseidy i mama przybiegła do nas z nowiną że “niedługo będą spadać lemury czy coś tam” czym tak rozbawiła towarzystwo na tyle że zeszli z tematu jakim dziecięciem byłam (ufff).

sierpień 2016

Kiedy miałam już wszystkiego dość i akurat był dzień kiedy nie musiałam koniecznie biegać po rodzinie uciekłam sobie do Krakowa. Średnio się opłacało bo cały dzień lało, ale przypadkiem trafiłam do osławionej drogerii Pigment i przepadłam. Mogłabym mieć taki sklep – albo w takim pracować – totalnie moje klimaty 🙂 Wypatrywałam też nieśmiało czy aby nie wpadnę na Alinę Rose żeby ją wyściskać, ale niestety. Kupiłam sobie za to małe co nieco:

sierpień 2016

Z zakupów muszę też pochwalić się tym: herbalicja ma nowy kubek na herbatę! <3 Można go kupić tutaj, jest wiele wzorów ale ten upatrzyłam sobie już dawno dawno. Wiele moich znajomych ma właśnie takie kubki i zawsze im skrycie zazdrościłam bo są super – bardzo pojemne (ważne!) i w moim stylu 🙂

 

Pod koniec miesiąca pojechałam też do przyjaciółki do Niemiec na kilka dni, tam już jakieś zdjęcia porobiłam i mini – relacja niebawem się pojawi 🙂

 

Jeśli chodzi o zdrowy tryb życia w tym miesiącu niestety było ciężko – dużo stresów i wyjazdy na których musiałam się w dużej mierze dostosować rozwaliły i plan żywienia i sen. Miałam też zdecydowanie słaby okres jeśli chodzi o picie wszystkich obrzydliwych zdrowych miksturek i łykanie tabletek. Wszystko to odczułam na zdrowiu więc bardzo się cieszę że jestem już w domu i mogę wrócić na zdrowe tory. Udało mi się za to zrobić sobie testy na nietolerancje pokarmowe więc juhuuu! Kolejny krok do przodu 🙂

 

Ze względu na to że w sierpniu miałam dużo zajęć ucierpiał i blog i czytanie. W tym miesiącu zaczęłam “Polowanie na Wilka z Wall Street” i jakoś nie mogę go dokończyć. Mam nadzieję że we wrześniu to nadrobię i doczytam jeszcze “Cloud of Sparrows” – odzyskałam ją po kilku latach i mam ochotę przeczytać jeszcze raz. Możecie mnie pilnować 🙂

 

Na blogu w tym miesiącu ukazały się:

 

Polecajek w tym miesiącu nie ma, mam otwarte jakieś 143 zakładki i pozapisywanych jeszcze więcej linków ale dopiero będę się zabierać za ich konsumowanie w coraz chłodniejsze wrześniowe wieczory 🙂

A Tobie jak minął sierpień? Mam nadzieję że będziesz go mile wspominać 🙂

 

Cukinia zapiekana z mięsem mielonym i warzywami

Hello, dziś mam dla Ciebie przepis na cukinię zapiekaną z mięsem mielonym i warzywami.

Smacznego!


Będą Ci potrzebne (na 2 porcje):
  • pół dużej lub jedna mała (lub półtorej mini mini) cukinii
  • ok. 250g mielonego mięsa wołowego
  • 2-3 łodygi selera naciowego
  • pół papryki
  • puszka pomidorów lub passaty pomidorowej
  • 2 ząbki czosnku
  • oliwa z oliwek
  • przyprawy: zioła prowansalskie, pieprz, sól, chilli
  • piekarnik 🙂

cukinia zapiekana

Wykonanie dla zajętych/bez poczucia humoru/czytających po raz kolejny:

Mięso mielone przyprawiamy, najlepiej kilka godzin lub dzień wcześniej. Cukinie kroimy wzdłuż na pół, wydrążamy i kroimy miąższ. Warzywa kroimy w drobną kostkę. Na oliwie podsmażamy czosnek i mięso. Kiedy już się podsmaży dodajemy pomidory z puszki, po chwili cukinię i resztę warzyw. Gotujemy aż warzywa zmiękną, ale wciąż pozostaną zwarte – ok. 20 minut. W międzyczasie nagrzewamy piekarnik do 200°C. Kiedy nasz mięsno – warzywny farsz będzie gotowy napełniamy nim cukinie i wstawiamy do nagrzanego piekarnika. Pieczemy aż cukinia będzie miękka – w zależności od jej wielkości ok. 20-30 minut. Można posypać serem.

 

Wykonanie – wersja “reżyserska”:

Początek wygląda tak samo jak w przypadku pierwszym – mięsko trzeba przyprawić. Jeśli lubisz inne przyprawy to się nie krępuj,  ja np. oprócz tych wymienionych wyżej dodałam też kurkumę i imbir. Jeśli nie uda Ci się przyprawić kilka godzin przed smażeniem to też się nie martw, i tak wyjdzie dobre.

Teraz pora na warzywa: zamiast pomidorów z puszki lub passaty możesz też użyć normalnych pomidorów, sparzyć je, usunąć skórki, pokroić, poddusić – i trochę pokombinować żeby konsystencja się zgadzała… jeśli naprawdę się na to zdecydujesz daj znać, należy Ci się medal! 🙂 Mi się aż tak bawić nie chce, używam po prostu passaty w kartoniku (podobno mniej kićka hormony niż taka puszkowana).

Jeśli chodzi o seler naciowy to sprawa jest genialna – kroisz na małe kawałeczki i jest w ogóle niewyczuwalny w całej potrawie. Jeśli jak ja nie jesteś zwolennikiem chrupania takich rzeczy i udawania że są pyszne to jest to świetny sposób na przemycenie cennych wartości odżywczych bez wykręcania kubków smakowych.

Papryka to papryka, wielkich olśnień związanych z nią nie mam, czosnek też kroję normalnie w drobną kosteczkę. Może być też przeciśnięty przez praskę, a podobno najzdrowiej jest, kiedy zgniecie się taki ząbek bokiem ostrza i zostawi na 10 minut przed użyciem – wydziela się wtedy dobroczynna allicyna.

Cukinia też jakaś szaleńczo skomplikowana nie jest do przygotowania, przekrajasz taką wzdłuż na pół (zobacz czy po przerojeniu w sposób w jaki chcesz będzie ładnie leżeć bez przechylania się, raz mi się gibały jak statki na morzu) i wydrążasz nasionka – najlepiej zwykłą łyżką. Miąższ też kroisz.

Kiedy wszystkie warzywa są gotowe pora na piekarnik – wyciągnij z niego wszystkie foremki, ruchome półki i wszystko co tam trzymasz. Nastaw na grzanie góra – dół i na 200°C. Zawołaj kota z balkonu bo przestraszył się szurania foremkami. Okay, teraz możesz przystąpić do smażenia.

Na dużą patelnię wlej oliwę (nie jest potrzebne dużo, trochę tłuszczu wytopi się też za chwilę z mięska), wrzuć czosnek, po chwili mięso. Zwykle dzielę je przed wrzuceniem rękoma na mniejsze kawałki zamiast wrzucać takiego wielkiego “pulpeta”. Smaż i mieszaj aż mięsko się “zetnie”. Teraz pora na passatę – wlej i wymieszaj. Po chwili pora na warzywa i środki z cukinii – wrzuć je na patelnię i chwilę pociesz oko pięknymi kolorami. Przypomnij sobie że trzeba mieszać. Zamieszaj i mieszaj co jakiś czas, aż warzywa przestaną być twarde i surowe (ale nie rozgotowane, będziemy je jeszcze podpiekać!), ok. 15-20 minut.

Gratuluję, farsz gotowy! Teraz tylko wystarczy go przełożyć do łódeczek z cukinii i wrzucić wszystko do piekarnika też na ok. 20 minut (zależy od wielkości cukinii, sprawdzaj żeby była miękka, ale nie rozlazła). Jeśli zostanie Ci trochę farszu – nie płacz! Kolega świetnie się mrozi i w razie czego z chęcią wpadnie na kolację innym razem 🙂 Kiedy cukinie będą gotowe możesz posypać je serem. W zależności od gatunku i wielkości wiórek możesz posypać tuż przed podaniem lub włożyć jeszcze na kilka minut do rozpuszczenia. Gotowe! Teraz tylko przełożyć na talerz i szamać 🙂

cukinia

Dzisiejszy wpis sponsorowała panna cukinia. Panna cukinia jest fajna, teraz (przełom sierpnia/września) tania (jeśli masz znajomych z działką to pewnie z chęcią się kilku sztuk pozbędą – jak postanowi wyrosnąć to sobie nie żałuje) i bardzo uniwersalna. Ponieważ się z nią lubimy, razem z kilkoma innymi blogerkami we wrześniu postanowiłyśmy urządzić #akcjacukiniowa. W związku z tym we wrześniu każda z nas doda kilka przepisów z tym warzywem. Jeśli chcesz więcej zajrzyj do pozostałych cukiniolubów:

 

Jeśli przyrządzasz coś z cukinią – pochwal się! Możesz to zrobić tu lub na instagramie dodając #akcjacukiniowa 🙂

 

Mus z mango i imbiru

Czyli jak bezboleśnie zjeść mielony młody jęczmień

 

Na początku pomysł był taki: lubię, więc podzielę się prostym przepisem na mus z mango i imbiru. Akurat miałam w domu mango które trzeba było zużyć i nasłuchałam się po raz kolejny o cudowności młodego jęczmienia. Przyznasz, że warunki do realizacji idealne. Tak więc jak pomyślałam, tak zrobiłam.

 

Później przyszedł kryzys. Kiedy zaczęłam pracować nad przepisem okazało się, że na zdjęciu ze składnikami nie pojawił się imbir. Ponieważ jest to jeden z dwóch głównych składników i jeden z trzech składników w ogóle miałam pewne opory przed dodaniem wpisu.

 

Następnie przyszło olśnienie. Skoro cały pic polega na tym, że mango i imbir maskują niezbyt przyjemny (dla mnie przynajmniej) smak młodego jęczmienia, to może zamaskują też smak korzenia maca, który łykam? Muszę to sprawdzić, jakby się okazało że tak jest to kochałabym sama siebie miłością dozgonną za to odkrycie (maca jest naprawdę paskudna w smaku)!

 

Przyszedł czas ponownej realizacji. Podreptałam po mango, wynalazłam w lodówce ledwo żywy imbir i zrobiłam mus. Z nadzieją dodałam odrobinkę korzenia maca na wierzch. Paskudne. Wymieszałam. Też paskudne, choć minimalnie mniej – zaczęło smakować jak taki niedogotowany burak. To zdecydowanie nie jest smak jakiego oczekiwałabym po musie z mango więc się poddałam, wypiłam swoje paskudztwo standardowo zatykając nos i zagryzłam dla poprawy humoru musem. Tak więc niestety, ratunku dla swoich kubków smakowych nie odkryłam i wracam pokornie do pierwotnego przepisu.

herbalicja

A przepis jest tak naprawdę banalnie prosty. Potrzebujesz:

  • mango,
  • mały kawałek imbiru – w zależności jak ostre ma być dodaj więcej lub mniej,
  • opcjonalnie – mielony młody jęczmień.

Mus dobrze będzie się też komponować z innymi owocami, jeśli masz jakieś na zbyciu to pokombinuj 🙂

 

Imbir i mango miksujemy w dobrym blenderze, posypujemy jęczmieniem i jemy!

 

Proponuję zacząć od miksowania imbiru – jeśli potrzebujesz potnij go najpierw na jeszcze mniejsze kawałeczki. Kiedyś wrzuciłam imbir i mango naraz i w musie miałam większe kawałki imbiru z czego nie byłam zbyt zadowolona 😉 Ja akurat używam Thermomixa, ale nada się każdy blender który da sobie radę z kawałkami imbiru. Potem mango – obieram i nad blenderem/miską okrajam aż do pestki. Dzięki temu nie tracę nic z soku który wycieka podczas ciachania 🙂 Wszystko jeszcze chwilę blendujemy – ja akurat lubię kiedy mieszanka ma konsystencję musu do wyjedzenia łyżeczką a nie smoothie do picia więc blenduję krócej, jeśli bardziej tą drugą opcję spróbuj miksować dłużej i rozcieńczyć dodatkowo np. wodą źródlaną. Później całość opcjonalnie możesz posypać mielonym młodym jęczmieniem.

 

Tak naprawdę jeśli nie używasz jęczmienia to świetnie sprawdza się mieszanka innych owoców z imbirem – może to być szczególnie fajny dodatek do jesiennych i zimowych koktajli i musów. Imbir rozgrzewa, poprawia odporność i nadaje ostrego smaku. Jeśli nie masz świeżego sprawdzi się (chociaż trochę gorzej) też mielony.

 

Oryginalny przepis na smoothie z mango i imbirem na którym bazowałam pochodzi z książki Marka Zaremby “Jaglany Detoks”*. Ja swoją dorwałam kilka miesięcy temu w Biedronce i to był jeden z pierwszych przepisów które wypróbowałam i który od tego czasu gości u mnie z mniejszymi lub większymi zmianami. Książkę polecam, znajdziecie tam dużo informacji jak i na co działają poszczególne składniki i wiele innych ciekawych przepisów, głównie z kaszą jaglaną. Znajdziecie tam też piękne zdjęcia (właściwie dlatego ją kupiłam, nie mogłam się oprzeć tym zdjęciom – później oglądałam je z mamą cały wieczór).

*jeśli przejdziesz z Ceneo do któregoś sklepu i kupisz książkę, dostanę z tego kilka groszy bez dodatkowego kosztu dla Ciebie . Taka magia 🙂

 

 

Ok, wiesz już jak zamaskować smak jęczmienia – jeśli masz pomysł co zrobić z macą podziel się, proszę! Będę wdzięczna 🙂

Nie wszystko naraz, proszę!

Priorytety, priorytety – dziś znów (tak jest!) o priorytetach

 

Są takie koncepcje w życiu które dla wszystkich oprócz Ciebie wydają się oczywiste. Czasami przychodzi moment olśnienia i bez problemu dołączasz do grona wtajemniczonych, a czasami wiedzę trzeba wyszarpywać po kawałeczku, w bólu i pocie czoła. Dzisiaj opowiem Ci właśnie o takim wyszarpanym kawałeczku, i szczerze mam nadzieję że wszystko już wiesz i stosujesz w swoim życiu – zdecydowanie jest wtedy łatwiej!

 

Sam pomysł jest prosty: nie rób, człowieku, wszystkiego naraz. Tak, oczywiście, przecież wiem, przecież to oczywiste, bla, bla, bla. Tylko ta wiedza mi na przykład wcale nie przeszkadzała w zrywach typu: od poniedziałku zaczynam bloga, dietę, zacznę chodzić na siłownię, sprzedam nieużywane przedmioty i zrobię remont pokoju! To tak na początek, jak z tym się uporam to w kolejnym tygodniu zabiorę się za jeszcze ważniejsze i większe rzeczy! Przesadzam? Nie, niekoniecznie. Nie zawsze tak ekstremalnie, ale tak też miałam.

priorytety

Lubię dawać z siebie 100%. Jestem też bardzo krytyczna wobec siebie i widzę wiele do poprawy w swoim życiu. Najlepiej we wszystkich dziedzinach naraz. Dodaj sobie do tego internet i znajomych zainteresowanych rozwojem osobistym i masz przepis na katastrofę. Wiesz ile w ogóle jest dziedzin życia w takim kółeczku coachingowym? Osiem: rodzina, duchowość i emocje, finanse, życie zawodowe, relaks i rozrywka, rozwój osobisty, przyjaciele i znajomi, zdrowie i kondycja. Teraz w najgorszym momencie swojego życia traf człowieku na takie kółeczko, stwierdź że wszystko leży i kwiczy i musisz w każdej dziedzinie ustanowić sobie cele i priorytety i cisnąć do przodu. Ze wszystkim naraz. Przecież jesteś zwycięzcą! Twoja doba ma tyle samo godzin co doba Beyonce! Dajesz! Ciśniesz!

 

Tak się moja droga ciśnie, ale depresję. Tak właśnie powstają zrywy – takie jak opisane wyżej – i dołki, że jednak nie wychodzi, nie ma siły, do niczego się nie nadaję i jakoś nie jestem zwycięzcą, a nawet zawodnikiem w tym wyścigu nie za bardzo chcę być.

 

Tak właśnie przechodząc ciężki okres w życiu i fizycznie czując się paskudnie zapisałam się jeszcze na kurs biznesowy w innej części Polski. No bardzo fajnie że się zapisałam, ale od razu mnie tam przygnietli do podłogi bo każdy miał biznes, każdy zarabia, jest ekspertem i się rozwija osobiście. No to ja też muszę. I muszę jeszcze to, i to, i tamto. A tu trzeba pracy szukać, a tu biznes swój zaczynać, a tu nad relacjami pracować, nad sobą bo wady mam i nie można mieć ich świadomość i tak to zostawić, i nad dochodem pasywnym też trzeba… Seriale trzeba nadrobić bo się okazuje że jak już pracuję nad relacjami ze znajomymi to zostają albo plotki albo seriale których nie znam… Ale nad innymi znajomymi też muszę pracować bo muszą być tacy co mnie ciągną w górę, i pasję trzeba mieć, i pracować po kilkanaście godzin dziennie, no i jak to, na siłownię nie chodzisz?! Zauważ że to nawet nie wszystkie dziedziny z kółeczka 😉

 

Tak się miotałam przez kilka(naście) miesięcy, niczego tak naprawdę nie osiągając, za to pogrążając się jeszcze bardziej w poczuciu własnej beznadziei i dodatkowo kopiąc swoje (już leżące) zdrowie. Desperacko próbowałam zająć się wszystkim naraz bo miałam poczucie że nie można tak po prostu dać sobie czas na wypłakanie się, ochłonięcie, na zadbanie o siebie i swoje zdrowie. W naszej kulturze to nie wypada, to lenistwo jest. Trzeba odnosić spektakularne sukcesy chociaż w jednej dziedzinie, zasuwać, dać coś zanim się weźmie. Poza tym trzeba z czegoś żyć – w tej chwili mam dach nad głową i jedzenie, ale przecież nie będzie tak zawsze jeśli się nie ruszę, muszę więc ruszyć się już teraz. Kolejny stres, kolejny nakaz w mojej głowie.

 

Pewnie dalej bym się tak miotała jak kot wrzucony do wanny gdybym powoli nie zaczęła sobie uświadamiać że – no właśnie – nie da się zrobić wszystkiego naraz. Nawet wydawałoby się że jeden priorytet, jak powrót do zdrowia, potrzebuję rozbić na mniejsze – na tej podstawie zresztą powstał wpis o najważniejszym nawyku.

priorytety

W końcu przestałam się miotać. Nie jest mi wstyd. Wiem co i dlaczego robię. Od kiedy sobie to uświadomiłam w moim słowniku priorytet występuje tylko w liczbie pojedynczej. Jest jeden priorytet i kropka. Będę go sobie ustanawiać wedle tego czego w danej chwili najbardziej potrzebuję – ja, nie środowisko, normy społeczne, przyjaciele czy rodzina. I wiesz co? Od tej pory żyje mi się o wiele lepiej. Łatwiej mi rozmawiać z super-hiper-produktywnymi znajomymi którzy mają 7 biznesów i pytają o mój pomysł i jego realizację. Łatwiej jest działać. Mam swój kierunek i podążam nim, jeden priorytet naraz.

 

Możliwe że sobie myślisz że to mi zajmie wieki i nigdy nic nie osiągnę i Ciebie to nie dotyczy bo masz zobowiązania, odpowiedzialność i nie możesz sobie odpuścić bo czekają Cię straszne konsekwencje? Zgaduję bo do niedawna też tak myślałam 🙂

 

Wiesz co? Ja też mam zobowiązania. Też nie leżę do góry nogami i się nie obijam. Po prostu mierzę siły na zamiary. Wciąż mam przed sobą wizję braku pieniędzy i dachu nad głową jeśli nie zacznę w tej chwili robić… wszystkiego. Tylko przez ostatnie miesiące robiłam wszystko kosztem tego co najważniejsze, nie wyszło mi i jakoś żyję. Równie dobrze mogę więc przestać się tym zadręczać, skupić się na najważniejszych sprawach i skierować energię tam gdzie faktycznie coś mogę zdziałać. Wtedy nawet jak mnie eksmitują będę miała energię żeby się z tym uporać 😉 Często ten cały stres, nakazy i zakazy siedzą głównie w naszej głowie, a konsekwencje nieposłuszeństwa wcale nie są takie straszne. Trzeba sobie tylko zdać sobie z tego sprawę i jakoś zupełnie inaczej człowiek podchodzi do życia 🙂

 

Po drugie, coś co zauważyłam już dawno ale jednak z uporem osiołka olewałam – mogę sobie założyć nie wiadomo co, wielkie plany, wielkie zmiany – zrobić ze dwa duże skoki i przestać bo mnie to przerasta, a mogę też robić maluteńki kroczek raz dziennie i z radością wyczekiwać kolejnej szansy na minimalne przybliżenie do celu. Jeśli wezmę pod lupę jak to wygląda w skali np. pół roku to zdecydowanie dalej zaprowadzi mnie strategia mini-kroczków. Tak na chłopski rozum, weźmy może naukę angielskiego jako (przejaskrawiony) przykład. Możesz sobie założyć że tydzień przed wakacjami z poziomu początkującego przeskoczysz na zaawansowany – wiesz, masz motywację, będziesz potrafiła się dogadać, specjalnie przeznaczysz na to czas i nic innego nie będziesz robić tylko z pieśnią na ustach zakuwać słówka i wymyślne zdania godne angielskiej królowej, wiesz, te ze wszystkimi pokręconymi angielskimi czasami. Uda się? Coś się pewnie uda, ale nagle się okaże że oprócz nauki angielskiego 24h/dobę trzeba się jeszcze spakować, coś szalenie ciekawego dzieje się na Twojej tablicy na facebooku, wreszcie jest piękna pogoda a Ty tak naprawdę nie masz konkretnego planu więc wszystko rozchodzi się po kościach. Możesz też postawić sobie cel wcześniej, wziąć tylko jeden na klatę, i to taki, który dasz radę udźwignąć, np. nauka 5 słówek dziennie z konkretną aplikacją i obejrzenie filmu po angielsku raz w tygodniu. Po pół roku – w pierwszej opcji nauczysz się 100 słówek a potem zarzucisz naukę bo i tak po już wyjeździe, w drugiej opcji po pół roku umiesz zdecydowanie więcej, nawet jeśli opuścisz kilka dni. Tak w uproszczeniu 🙂

 

A photo posted by Herbalicja (@herbalicja) on

No dobrze kobieto, ale skoro mówisz że nie wszystko naraz, to przecież to potrwa lata świetlne! Tak i nie 🙂 Opowiem Ci jak to wygląda u mnie: najpierw się mocno zastanawiam co jest dla mnie teraz najważniejsze. Rozbijam to sobie na proste, konkretne działanie, które mogę wprowadzić każdego dnia. To bardzo ważne żeby nie brać sobie na głowę ani za dużo ani za mało. Później skupiam się na robieniu tego jak najlepiej, codziennie, przez miesiąc. W tym czasie przeważnie wyrabiam sobie nawyk, przeżywam jakieś mniejsze/większe problemy związane z daną czynnością i nabieram doświadczenia. Po miesiącu zaczynam widzieć czy to coś dla mnie i jak to ewentualnie zmodyfikować.

Zastanawiam się wtedy czy:
a) weszło mi to w krew już na tyle żeby robić to dalej bez problemu,
b) czy potrzebne są jakieś zmiany, czegoś jest za dużo/za mało, coś się nie sprawdza jak powinno,
c) czy dalej jest to priorytet.

 

Na tej podstawie podejmuję kolejne działanie – albo ustalam nowy priorytet z tej samej lub innej dziedziny, albo jeśli nie czuję się pewnie a dalej jest to ważne poświęcam jeszcze trochę czasu na to samo. Kiedy już drobne problemy nie wybijają mnie z rytmu mogę dalej kontynuować co robię i więcej energii przeznaczyć na kolejny priorytet. Tak, czasami jest ciężko, bo chcesz ruszyć z kopyta, dasz sobie przecież radę, teraz masz energię i jest poniedziałek/Nowy Rok i to jest właśnie ten czas żeby zacząć wszystko naraz. Jeśli u Ciebie się to sprawdza – to super! U mnie jednak ta niesamowita chęć do działania nie trwa non stop, za to często pojawiają się życiowe problemy, które testują jak mocno chcę tego co mówię że chcę 😉 Nagle nowa dieta jest wystawiona na próbę bo mama upiekła najpyszniejsze ciasto świata, znajomi wyciągają na pizzę więc artykuł na bloga musi zaczekać, źle oszacowałam ile czasu potrzebuję na projekt więc dzisiaj spać się nie położę… Przykłady można mnożyć. Jeśli priorytet jest jeden to dasz radę powiedzieć innym rzeczom “nie”. Problem pojawia się wtedy, kiedy naraz chcesz dietę, bloga, więcej zleceń i zadbać o zdrowie – nagle okazuje się że nie musisz walczyć z jedną pokusą, a dziesięcioma i tak czy inaczej wychodzisz z tej całej rozgrywki nieszczęśliwa i z poczuciem porażki. Jeśli skupisz się na jednej rzeczy i wyrobisz sobie nawyk to po pierwsze łatwiej jest odmówić, a po drugie nawet jeśli wyskoczysz ze znajomymi na piwo raz na jakiś czas to nie zburzy to wszystkich dotychczasowych starań bo bez problemu wrócisz na dobre tory. Dzięki temu  pomimo że czasami ma się wrażenie ślimaczego tempa (szczególnie w stosunku do znajomego z 7 biznesami) łatwiej jest osiągnąć więcej i utrzymać efekty swojej pracy na określonym poziomie.

 

Okay, mówimy o samych wielkich planach, a jak to odnieść do codziennego życia i małych akcji? Staram się wprowadzić to w życie np. w ten sposób, żeby nie wykonywać wielu zadań naraz oraz żeby być bardziej wybredną jeśli chodzi o to, co mam zamiar zrobić. Przestałam się już łudzić że dobra organizacja czasu oznacza że dam radę zrobić WSZYSTKO, a jeśli nie to coś ze mną jest nie tak. Dobra organizacja czasu oznacza że robię to co jest najważniejsze + DODATKOWO to na co jeszcze czas i siły pozwolą. Sprawia to że jestem bardziej wybiórcza w tym co robię, od czego zaczynam pracę i jak ją organizuję. Zastanawiam się najpierw jaki efekt chcę uzyskać a potem co mogę zrobić w tej chwili żeby jak najbliżej się do niego przybliżyć. Na przykład: mam pół godziny i moim celem jest sprzątnięcie kuchni – zacznę więc od umycia podłogi zamiast przestawienia talerzy w szafce w rogu, bo to da mi największy “efekt łał”. Zostało trochę czasu? Super! Jaka jest kolejna najbardziej rzucająca się w oczy rzecz którą mogę zrobić? Możecie się śmiać, ale dla mnie to przez wiele lat była tajemnica życia. Kiedyś sprzątanie wielkieeeego bałaganu w pokoju zaczynałam od idealnego ułożenia majtek i skarpetek w szufladzie (w której już były ułożone) i po tym nie miałam ochoty na wiele więcej. Eh.

 

Kolejna dziedzina w której można zastosować tę filozofię to wszelkie artykuły typu “10 sposobów na…”. Nie wiem czy Ty też tak masz, ale ja czasami mam fazę pod tytułem “zadbam o cerę!” i wyszukuję 150 sposobów co trzeba zrobić, kupuję 10 maseczek, 2 toniki, 4 płyny micelarne, szczoteczkę do masowania, rękawicę do zdzierania, 6 kremów do nawilżania i kilogram łososia bo podobno świetnie działa od wewnątrz. Potem się okazuje, że 3 maseczki mają brzydki zapach i ich unikam, po jednej skóra wygląda jeszcze gorzej, kremy przeterminowały się gdzieś na dole szuflady a ja wracam do starych nawyków. I na co mi to było? Jak już najdzie mnie taka ochota wynajduję jeden sposób, który najbardziej przyciągnął moją uwagę i wypróbowuję. Działa? Fajnie! Jeśli dalej mam chęć się bawić to dokładam kolejny. To dobry sposób na testowanie czy naprawdę Ci na czymś zależy i ile jesteś w stanie przeznaczyć na dany cel: pieniędzy, czasu, energii. Czasami okazuje się że wcale nie masz ochoty dbać o cerę jak modelka Victoria’s Secret a wystarczy Ci wprowadzenie jednego nawyku albo może w ogóle nie sprawia Ci to przyjemności i nie masz takiej potrzeby. Warto to przetestować przed kupieniem tych wszystkich “niezbędnych do rozpoczęcia” rzeczy. Ciekawie na ten temat pisała też Ania tutaj.

 

Ostatnie co chciałam poruszyć to jaki wpływ ma to moje podejście na Ciebie jako na czytelnika tego bloga. Otóż blog jest gdzieś na liście rzeczy ważnych, ale nie jest w tej chwili tym jednym jedynym priorytetem na szczycie. Znaczy to, że staram się i w miarę możliwości poświęcam mu uwagę i czas, ale nie będę za wszelką cenę wypełniać wszystkich nakazów internetowych guru w stylu: “Musisz pisać raz dziennie!”; “Musisz być na wszystkich platformach społecznościowych!”; “Twoje zdjęcia muszą być takie a takie!”, “Zadbaj o SEO!” itd. Będę starała się pisać regularnie, tak często jak się da, ze zdjęciami takimi jak uda mi się zrobić, z pomysłami jakie będę miała, z poczuciem odpowiedzialności i szacunku do Ciebie, ale też bez wielkiej spiny. Proszę o wyrozumiałość 🙂

 

A photo posted by Herbalicja (@herbalicja) on

W ramach rekompensaty mam dla Ciebie krótkie podsumowanie wpisu, mam nadzieję że się przyda:

  • Nie zaczynaj wszystkiego naraz.
  • Wybierz sobie jedną dziedzinę w której chcesz zmiany, a w niej jeden cel.
  • Rozbij sobie ten cel na konkretne, małe działania, które dasz radę wprowadzić do swojego życia. Zrób z tego priorytet.
  • Skup się na wyrobieniu nawyku z tych działań – powinno to zająć około miesiąca.
  • Po miesiącu sprawdź, czy trzeba coś usprawnić i czy jesteś gotowa na kolejny krok/priorytet.
  • Zaczynaj od najważniejszych rzeczy i dopiero potem zajmij się mniej istotną częścią listy zadań.
  • Sprawdzaj w trakcie (szczególnie przy większych przedsięwzięciach) czy to na pewno kierunek w którym chcesz teraz podążać.
  • Nie daj się zwariować 🙂

Dziękuję za poświęcony czas i życzę Ci miłego dnia!