Absolutnie nie uważam, żeby “Polowanie na Wilka z Wall Street”* było złą książką. Podoba mi się styl pisania Jordana Belforta, cieszę się, że mogłam poznać jego dalsze losy, opowiedziane jego słowami.
Mam za to inny problem z tą książką. Otóż żeby dobrze mi się czytało potrzebuję w jakiś sposób utożsamiać się z autorem lub czuć do niego sympatię. Utożsamiać się nie za bardzo mam tutaj z czym, za to jeśli chodzi o sympatię… W “Wilku z Wall Street”* Jordan był łobuzem, ale dał się lubić. Jego przygody były szalone, ciągle się coś działo, czasem lepiej, czasem gorzej. Autor potrafił dostrzec swoje błędy, czasami za nie pokutował, a potem pakował się w kolejne kłopoty, które opisywał z właściwym sobie poczuciem humoru i autoironią. Do tego jedna z rzeczy, które po lekturze “Wilka z Wall Street”* bardzo mocno utkwiła mi w głowie, to że kochał swoją drugą żonę, Nadine. Miłością pokręconą, wyniszczającą, ale kochał.
W “Polowaniu na Wilka z Wall Street”* jest już inna historia. Zamiast złotych lat autor Jordan pokazuje swój upadek. Znajduje to też swoje odbicie w sposobie, jakim opowiada, w tym jak prezentuje sam siebie i całą sytuację. Znika gdzieś zadziorny, inteligentny, interesujący mężczyzna z problemami, a zastępuje go zgorzkniała i niestabilna emocjonalnie kupka problemów. Relacja z żoną też prezentuje się coraz gorzej. Przez całą pierwszą książkę na przemian uśmiechałam się, płakałam, współczułam lub kręciłam głową z niedowierzaniem. Przez drugą zaciskałam pięści i zastanawiałam się czy w wyobraźni walnąć go w nos teraz czy dać mu jeszcze jedną stronę.
Nie wiem, czy jest to celowy zabieg, przypadek czy tylko moja interpretacja, ale pierwsza książka jest według mnie lekka, rozrywkowa – tak jak tamten okres w życiu Belforta. Druga jest jak gorzka piguła, którą musiał przełknąć. Jeśli to celowy zabieg (jak podejrzewam), to uważam, że jest genialny. Dlatego też uważam, że książka jest bardzo dobra (pomimo, że wywoływała u mnie zgrzytanie zębów).
Myślę jednak, że jeżeli masz zamiar ją przeczytać ze względu na szalony tryb życia, jaki prowadził Wilk, to przy kontynuacji możesz się trochę rozczarować. Wciąż są tam nieprawdopodobne akcje, ale jednak umówmy się, że akcji z jachtem nic nie przebije ;).
Jest jeszcze jedna rzecz, która zwróciła moją uwagę. Pod koniec książki Jordan zdradza, w jaki sposób powstał jego styl pisania. Zawsze myślałam że po prostu nieco dostosowuje to jak pisze do tego, jak mówi. Okazuje się, że w więzieniu pracował nad swoim stylem. Trafił na książkę, która mu się spodobała, i wypisał (no dobra, zapłacił komuś, żeby wypisał za niego) wszystkie porównania – czyli to, co zrobiło na nim wrażenie. Przeanalizował je dokładnie, i na tym zbudował swój własny pisarski głos. Skojarzyło mi się to od razu z Jasonem Huntem (wtedy jeszcze Kominkiem), który kiedyś zdradził jak szlifował swój własny styl. Zapadło mi w pamięć, że zatrzymywał filmy na scenach powodujących duże emocje i wypisywał a potem analizował wszystko, co się na złożyło na taki a nie inny efekt. Nie wiem jak dla Ciebie, ale dla mnie to cenna wskazówka i motywacja 🙂
Podsumowując: + styl pisania (jeśli podobał Ci się styl “Wilka z Wall Street”* spodoba Ci się jego kontynuacja)
+ pewne zamknięcie całej historii. Na początku pierwszej części i pod koniec drugiej pojawia się zdanie: “Jesteś tu gorszy od najgorszego śmiecia”. W pierwszej części udowadniał że tak nie jest, w drugiej… ekhem.
+jeśli nawet nie czytałeś “Wilka z Wall Street”* nie powinieneś mieć problemów z “Polowaniem na Wilka z Wall Street”* – wszystko co potrzebne do ogarnięcia fabuły jest zgrabnie przywołane. Z drugiej strony, jeśli “łykasz” obydwie części naraz, też nie powinieneś się nudzić – opis przywołanych wydarzeń nie jest tylko wierną kopią i nie zajmuje wiele miejsca w książce.
+ książka jest na faktach i opisuje nieprawdopodobne dla szarego człowieka wydarzenia – jest wciągająca.
– bohater robi wszystko byleby go tylko nie polubić. Z uporem maniaka przekuwa wszystkie swoje plusy w minusy. Mi to akurat mocno przeszkadza w lekturze.
*linki partnerskie (jeśli kupisz książkę z tego linku, dostanę drobne wynagrodzenie – bez dodatkowego kosztu dla Ciebie)
Z plusów i minusów wynika że ocena powinna być 4/5 i taką wystawiam 🙂
Ten idzie na pierwszy ogień bo taki miałam w 2016 roku. Więcej o nim pisałam też tu. Jest kilka wersji do wyboru: planer tygodniowy w formacie A5 oraz planery dziennie w formatach A5 i B5. Na stronie można ściągnąć darmowe arkusze żeby zobaczyć jak prezentuje się w środku. Typowo “babski” planer, z mnóstwem kwiatków i dodatków – mi akurat przypadł do gustu 🙂 Twarda okładka, 2 tasiemki – zakładki (moje dość szybko się odkleiły). Cena: 109 – 129 zł.
Z tej samej firmy co Happy planner, ale wersja bardziej minimalistyczna, jak sama nazwa wskazuje 🙂 Są dwie wersje: tygodniowa i dzienna. Format A5, twarda okładka z tkaniny, liczba stron zależna od wybranej opcji. Gramatura papieru 90g/m2. Dodatkowe atrakcje: zamykany na gumkę, w środku 2 tasiemki, koperta z tyłu plannera i autorska mapa celów. Cena: 109 – 119zł.
Spirala, twarda okładka, papier 80g/m2, 362 strony. W środku kalendarz miesięczny, kalendarz dzienny z harmonogramem i listą zadań, 120 inspiracji i ponad 70 cytatów. Dodatkowo roczna mapa celów, skrócony kalendarz roczny i notatnik. Cena: 94 – 108zł. Sklep z tego co widzę już nie istnieje, tak samo jak instagram i fanpage. Szkoda!
Kilka wersji plannerów, niektóre na spirali, niektóre książkowe. Format A5, papier 90g/m2. Ceny: 29 – 109 zł (nie wszystkie są na cały rok). Przykładowe zdjęcie:
Wszystkie modele plannerów dziennych powróciły do sprzedaży 😍 💎www.zaplanujswojsukces.pl 💎 #powrocilyplannery #mamynadziejezewystarczy #zaplanujswojsukces #plannerdzienny #plannerysukcesu #planner #golddiamonds #navygraystripes #mistygray #powderpink #blacknight #stonegray #militarygreen #silvermist #lagoongreen #twojsukcesjestwtwoichrekach
A photo posted by Zaplanuj Swój Sukces (@zaplanujswojsukces) on
Simple planner
Organizer półroczny. Można go zacząć wypełniać w dowolnym momencie bo nie ma dat. Format A5, twarda okładka, papier 100g/m2, 320 stron. Podobno jest dosyć ciężki. Dodatkowe atrakcje: 2 tasiemki, cele roczne, plan rozwoju osobistego, plan czasu realizacji wyznaczonych celów, miejsce na dodatkowe notatki, plan finansowy, lista prezentów świątecznych, party planner, kreatywny miesiąc. Niżej jest jeszcze Simple Calendar z tego samego sklepu. Przykładowe zdjęcie plannera:
Planner półroczny, w kilku kolorach, panowie też powinni wybrać coś dla siebie. Format A5, 192 strony, gramatura nie jest podana. Można zacząć wypełniać go w dowolnym momencie, nie ma dat. Dodatkowe atrakcje: 3 tasiemki, brelokowa pętelka, 15 różnych projektów stron, 8 biznesowych narzędzi. Cena: 90zł. Przykładowe zdjęcie:
Komplet 3 zeszytów (po 208 stron każdy), które starczą na pół roku planowania. Okładka miękka, format A5, papier 100g/m2. Dodatkowe atrakcje: gumka spinająca papier, w środku m.in.: miejsce na notatki, plany, cele długoterminowe i marzenia, rady Pani Swojego Czasu i motywujące cytaty. Cena: 98zł. Przykładowe zdjęcie:
A photo posted by ZARZĄDZANIE CZASEM DLA KOBIET (@paniswojegoczasu) on
Simple calendar
Czytając opis mam wrażenie że to też bardziej planner niż kalendarz. Ponownie twarda okładka, format A5, papier 90g/m2, 384 strony, 2 tasiemki. Dodatkowe atrakcje: cele roczne, rozwój osobisty, domowy plan finansowy, plan kreatywnego miesiąca, top zadania miesiąca, lista ważnych numerów telefonicznych i stron internetowych, notatki. Cena: 120zł.
Projekt Twoje Życie
Format B5, 216 stron, skóropodobna, czarna oprawa. Kalendarz dedykowany głównie dla przedsiębiorców, freelancerów, coachów itp. Dodatkowe atrakcje: miejsca na notatki, ćwiczenia coachingowe, miejsca na wyznaczanie celów rocznych, kwartalnych, miesięcznych i tygodniowych, inspirujące cytaty i artykuły z dziedziny rozwoju osobistego, miejsce na robienie podsumowań oraz temat przewodni na każdy miesiąc. Cena: 69zł.
335 stron na cały rok, twarda okładka, format A5, papier satynowy 100g/m2. Cena: 99zł, możliwość dodatkowej personalizacji (+20zł). Dodatkowe atrakcje: notatki, ilość wody wypitej w ciągu dnia, wykonane ćwiczenia, dzienne wydatki, menu na dany dzień, skrócony kalendarz miesięczny. Przykładowe zdjęcie:
Lady Planer
Planer z dużą możliwością personalizacji, zarówno wnętrza, jak i okładki, zapraszam na stronę po więcej szczegółów. Format A5, okładka na spirali, do wyboru miękka lub twarda. Cena: 115zł. Uwaga: osoby, które napiszą do Lady Planner wiadomość na Facebooku że przychodzą ode mnie (kliknijcie w zdjęcie poniżej i was przeniesie) – dostaną kod rabatowy na zakup plannera w cenie 99 zł (+ koszt przesyłki). Prawda, że miło? 🙂
W tej chwili oficjalna strona sklepu jest w przebudowie, wciąż można zamawiać przez Facebooka, a kiedy prace się zakończą podlinkuję też do nowej strony 🙂
Nie ma dat, więc można zacząć jego wypełnianie w dowolnym momencie. Starcza na pół roku. Format A5, spirala, twarda okładka z magnetycznym zamknięciem, papier o gramaturze 90g/m2. Dodatkowe atrakcje: plan roku, miejsce na notatki, miesięczne cele i nawyki, plan udanego tygodnia. Cena 79zł.
Będzie nadawał się też dla panów. Chociaż jest reklamowany jako planer dla szefów i osób decyzyjnych myślę że nie tylko oni mogliby z niego korzystać. Planner całoroczny, z dużą ilością stron (588 – dzienny, 272 – tygodniowy), twarda okładka, papier o gramaturze 90g/m2. Format B5. Dodatkowe atrakcje w zależności od wybranej opcji. Cena: 119zł.
Kalendarz, planner i notatnik w jednym. Kalendarz całoroczny, 385 stron, format A5. Powinien nadać się również dla panów. W sklepie jest też wersja A6 oraz inne minimalistyczne plannery, polecam sprawdzić wszystkie. Cena: 105 – 150zł (w zależnosci od formatu).
Wykonywany na zamówienie z Etsy – duże możliwości personalizacji okładki. Nasz polski, ma ponad 150 dobrych ocen. Na spirali, z gumką trzymającą wszystko w miejscu i wkładem który można dostosować do własnych potrzeb. Dodatkowe atrakcje: kontakty, miejsce na notatki. Na 12 miesięcy, możesz zacząć go wypełniać kiedy tylko chcesz. Cena: ok. 110zł. Przykładowe zdjęcia:
Różne rodzaje plannerów – na cały rok, na pół roku, 3 miesiące, format A6, format A5, czego tylko potrzebujesz. Papier 115g/m2. W formie mini-segregatora z wymiennymi wkładami – możesz sobie kupić jaki tylko chcesz. Cena: 119 – 149zł. Przykładowa okładka:
Format B5, twarda oprawa. Kalendarz zawiera 160 stron, w tym: plany i cele na 2017r. – 4 strony, listy to do – 12 stron, notatnik – 8 stron, finanse – 2 strony, plany na 2018 – 2 strony. Dodatkowe atrakcje: 3 tasiemki, koperta na papierowe bibeloty. Cena: 99zł. W sklepie jest też planner dzienny w formie 50 stron do wypełniania (coś w stylu notatnika do wyrywania stron) za 10,90zł. W tej chwili nie ma go w sklepie, więc linkuję do całego sklepu, w razie gdyby się pojawił. Przykładowe zdjęcie kalendarza:
Twarda okładka, spirala, 176 stron, waga 370g, papier 80g/m2. Dodatkowe atrakcje: harmonogram dnia, lista priorytetów, tabela posiłku oraz aktywności fizycznej danego dnia, kwartalne cele finansowe, zawodowe, prywatne i sportowe, warte uwagi książki, wydarzenia, miejsca i filmy na każdą porę roku, postanowienia noworoczne, planner urlopu, kontakty, notatki, kieszeń na drobiazgi. Cena: 79zł.
A photo posted by wondermarket (@thewondermarket) on
Balancy.me Calendar
Nowość od Niebałaganki 🙂 Minimalistyczny kalendarz w formacie A5. Gramtura papieru: 90g/m2. Starczy na rok lub dłużej – nie ma dat więc możesz zacząć wypełniać go kiedy tylko chcesz. Dodatkowe atrakcje: 2 wstążki, cele i plany na najbliższy rok, listy to-do, harmonogramy, harmonogram sprzątania, miejsce na notatki i koperta na papierowe bibeloty. Na stronie są też inne plannery. Cena: 96zł. Wnętrze możecie podejrzeć TUTAJ, a przykładowe zdjęcie poniżej:
Planner na 18 miesięcy – od lipca 2016 do grudnia 2017 roku. Jest kilka wersji, także np. dla osób dbających o sylwetkę (ten akurat jest na 12 miesięcy, bez zaznaczonych wcześniej dat więc możesz zacząć go wypełniać kiedy tylko chcesz). Plannery można dowolnie zmieniać i poszerzać o dodatkowe moduły, można też “wyciągać” z nich kartki. O tym jak to działa opowiada filmik:
Na stronie są też filmiki pokazujące wnętrze konkretnych modeli. A tutaj przykładowe okładki:
Planner na 54 tygodnie, format “kwadratowe A5”, 200 stron o gramaturze papieru 100g/m2. Dodatkowe atrakcje – do każdego kalendarza tygodniowego jest dodatkowa strona w kropki na notatki. Kalendarz można położyć na płasko i można też zacząć jego wypełnianie w dowolnym momencie. Przykładowe zdjęcie:
Planer w segregatorze, z wymiennymi wkładami (są trzy do wyboru). Każdy wkład starcza na trzy miesiące. Jest możliwość personalizacji okładki, wyboru wkładów i przekładek. Cena: 53 – 75zł. Przykładowe zdjęcie:
Planer 2017 Anato
Planer do wyboru w dwóch wielkościach: 20x24cm i 12,5×15,5cm. Na spirali, okładka we wzór kwiatowy. 208 stron, papier 90g/m2. Bez zbędnych udziwnień w środku. Daty wpisuje się samemu więc można zacząć korzystać w dowolnym momencie. Cena: 38 – 78 zł (w zależności od formatu). Przykładowe zdjęcie:
Tego pana chyba przedstawiać nie trzeba. Funkcjonalności też będą zależeć od konkretnego modelu, a na rynku jest ich bez liku. Ceny mniej więcej od 70 do 150zł.
A photo posted by AG Words and Crafts (@agwordsandcrafts) on
Rozwiązania online:
Najnormalniejszy w świecie i najbardzie popularny Kalendarz Google;
Asana – ostatnio zaczęłam używać i choć nie odkryłam jeszcze wszystkich funkcji, ale na razie to mój faworyt – jest kalendarz, są zadania, są projekty, można się tymi zadaniami dzielić z innymi (ha!). Z tego co widzę jest tylko po angielsku (choć mogę się mylić), ale nie powinno być to problemem, jest dość intuicyjna w obsłudze. Można jej używać za darmo.
Nozbe – kolejna angielska aplikacja, która często przewija się w rozmowach o plannerach. Sama nie korzystałam, ale wydaje mi się to bardziej narzędzie do zarządzania listą zadań i projektami, także z innymi osobami. Jeśli takie podejście jest tym, czego potrzebujesz to przez 30 dni możesz przetestować to rozwiązanie za darmo.
Trello – znów angielska aplikacja która ma grono zagorzałych fanów. Można tam tworzyć różnego rodzaju tablice, listy, wklejać linki i dzielić się tym z innymi (np. listą sprzątania na weekend z mężem :D). Ponownie, nie jest to stricte planner, ale być może jego funkcjonalności przypadną Ci do gustu. Można korzystać z niego za darmo.
Weekplan – po angielsku, coś co znalazłam zbierając materiały do tego wpisu – być może Cię zainteresuje? Z tego co widzę ma integrację z kalendarzem google, ma podział na tygodnie, życiowe role (np. przedsiębiorca, mąż, hodowca chomików) i cele (np. mieć więcej chomików). Jeśli używasz lub masz zamiar proszę podziel się opinią 🙂
Czuję że od samego pisania tego artykułu 2017 będzie najlepiej zaplanowanym rokiem w moim życiu. Teraz nie pozostaje nic innego jak rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady 😉
Spokojnie, wciąż dotrze tam do mnie Twój komentarz czy wpis był przydatny i czy znalazłeś coś dla siebie 🙂 Jeśli pominęłam coś ważnego też daj mi proszę znać, a jeśli znasz kogoś kto też poszukuje plannera dla siebie będzie mi bardzo miło jeśli podzielisz się tym wpisem.
PS. Zajrzyj też do komentarzy, wpis będę uzupełniać tylko o polskie pozycje, a np. Koralina dzieli się też inną 🙂
Heloł heloł, dziś zapraszam Cię na podsumowanie października 🙂 Na pierwszy ogień piękna podwójna tęcza, dowód że jednak czasem warto wychodzić w taką jesienną pluchę:
A więc co robię?
Jestem emerytem 🙂 Początek października był szalenie zimny i nieprzyjemny i włączył mi się tryb “przetrwalnikowy” – co oznacza że trzeba zrobić z siebie naleśnika – podkocnika i nie wyściubiać nosa aż do maja. Zresztą sami zobaczcie: te dwa zdjęcia dzieli kilka dni:
Raz na krótki rękawek, raz w rękawiczkach zimowych. Obydwa zdjęcia robiła moja przyjaciółka z którą wybrałam się na targ śniadaniowy. Jak się skończyło, pisałam na Facebooku:
Szalik jest dla mnie najbardziej uniwersalną częścią garderoby – służył mi już jako poduszka, czapka, parasolka, sweter, a ostatnio też jako siatka na nieoczekiwane grzyby.
Oprócz tego dużo czytam, dużo łażę po lasach, dużo wkurzam kota.
Dogadzam sobie też kulami do kąpieli z Ministerstwa Dobrego Mydła (zajrzyjcie na ich fanpage na Facebooku, dziewczyny są przefajne <3). Jak na razie wygrywa różana, chociaż tuż po otwarciu paczki spodziewałam się że faworytem będzie miodowo-mleczno-owsiana. Jeśli się zdecydujesz na taką kulę to uwaga przy wychodzeniu z wanny – będzie porządnie natłuszczona (tak jak Ty, ale u Ciebie to dobry znak). Za to kiedy już wyjdziesz bez szwanku to istnieje duże prawdopodobieństwo że będziesz się potem wąchać i głaskać pół nocy 😉
Dieta w październiku poległa, szczególnie kiedy przyjechała mama i zaczęła piec po dwa serniki dziennie. A wierz mi, ta kobieta potrafi piec serniki, oj, potrafi. Ten na zdjęciu niżej jest z zamierzchłych czasów i podobno “nie wyszedł”. Tym razem wszystkie wyszły. Na tyle dobrze że nie było czasu na robienie zdjęć 😉
Zachęcona sukcesem mamcia postanowiła uwiecznić ogórki małosolne (mam jakieś 123 zdjęcia tych ogórków), ale niestety, sernika nie przebiły 😉 Chociaż jeśli chcesz dać żebrolajka pod tym zdjęciem na instagramie to zapraszam, będzie jej miło 🙂
Od niedawna jestem też odpowiedzialna za opracowanie kolorystyki itp. i obrazki z cytatami na “Wilk Alfa”, gdyby ktoś chciał zerknąć:
Co czytam?
W październiku przeczytałam “Bądź zdrowa Lizbono” Any Veloso. Kiedyś, jeszcze na studiach, znalazłam w antykwariacie jej książkę pt.: “Zapach kwiatów kawy”. *) Od razu przyciągnęła moją uwagę – była tania, gruba, ładna, w twardej okładce i pobudzająca wyobraźnię (jak pachną kwiaty kawy?). Jak się pewnie domyślasz spodobała mi się skoro kupiłam następną tej samej autorki 🙂 Na “Lizbonę” natknęłam się przypadkiem w Biedronce. Obydwie książki to romanse z ważnymi historycznymi przemianami społecznymi i politycznymi w tle – nie każdemu przypadną do gustu 🙂 Co mnie urzeka to to, że główna historia opowiadana jest często przez historie pobocznych postaci a wszystko tworzy zgrabną całość. Obydwie powieści są jednocześnie egzotyczne (przez miejsca i czas, w którym dzieje się akcja) i jednocześnie takie… swojskie – nie są cukierkowe, realistycznie pokazują problemy które mogli mieć “tamci” ludzie.
Szczerze mówiąc bardziej podobał mi się “Zapach kwiatów kawy” – polubiłam główną bohaterkę i przez całą książkę mogłam się do niej przywiązać. W “Bądź zdrowa Lizbono” mamy kilka pokoleń i jakoś ciężko mi było nawiązać “nić porozumienia” z bohaterami – a dla mnie to jedna z ważnych cech książki 😉 Niemniej jednak była ciekawa i z chęcią ją pochłonęłam 🙂
Co na blogu?
Kulinarnie na blogu królowała dynia – razem z dziewczynami zrobiłyśmy akcję dyniową, w ramach której zrobiłam dla was:
W listopadzie królować będzie cynamon, chociaż nie wiem czy i ile przepisów uda mi się dodać. W razie czego z dowolnego przepisu dyniowego możecie przejść do pozostałych dziewczyn biorących udział w akcji i tam podejrzeć co one przygotowują 🙂
Rozwojowo próbowałam Cię namówić żebyś ruszył tyłek i przestał odkładać na później:
Z tej serii planuję jeszcze jeden post i damy sobie na razie spokój z tematem – powinieneś być tak zmotywowany żeby nie mieć z tym problemów przez długi czas 😉
Czy w połowie października ktoś jeszcze pamięta wrzesień?
Bo ja niekoniecznie 😀 Tym bardziej że było tyle zajęć że nie spisywałam sobie wszystkiego jak powinnam. Ale co tam! Podzielę się tym co pamiętam.
A więc wrzesień zaczął się u mnie od generalnych porządków w domu. Wszyscy mówią o “wiosennych porządkach”, u mnie tak chęć na sprzątnięcie wszystkiego występuje właśnie na początku jesieni. Dosyć niefortunnie, bo byłam mocno przepracowana, a generalne porządki pod tytułem: “dzisiaj tyko pokój dzienny” zakończyły się odsuwaniem o północy lodówki i innych mebli w kuchni i szorowaniem. Zdjęć nie będzie, jeśli chcesz wiedzieć jak to wyglądało odsuń swoją lodówkę (i sprzątnij przy okazji) 😛
Byłam też na wystawie Biblii. Super sprawa, szczególnie z przewodnikiem, który o wszystkim opowiada. Można się dużo dowiedzieć o historii, potrzymać repliki różnych wersji Biblii, np. takiej na skórze jelenia, tłoczonej Biblii Gutenberga czy 11-stokilogramowego tomiszcza.
Tutaj akurat literki, których używał Gutenberg.
Przy okazji dowiedziałam się też że byłabym absolutnie paskudnym skrybą – jeśli popełnił choćby najmniejszy błąd cały zwój lądował w specjalnym pomieszczeniu, którego już nigdy nie opuszczał. Jak byłam mała to też miałam takie podejście do zeszytów szkolnych w związku z czym pisałam najczęściej ołówkiem na jakichś śmiesznych karteczkach. Potem chciałam to ładnie przepisywać do zeszytu ale jakoś przestawałam to robić po około tygodniu. W związku z tym na koniec roku kiedy nauczyciele sprawdzali zeszyty kombinowałam jak tylko mogłam 😉
Na wystawie dowiedziałam się że Biblia kiedyś była uważana za tak świętą że nie można było jej dotknąć, do czytania i przewracania stron były takie śmieszne mini-łapki (jady). Niektórzy wciąż je stosują 🙂 Ogólnie dużo ciekawostek, dużo naprawdę dobrze opowiedzianej historii która sprawia że docenia się Biblię jeszcze bardziej.
Zobaczcie jak pięknie wydana:
A tu widać linie dzięki którym wszystko jest tak pięknie równo napisane:
Nawet jeśli jesteś niewierzący – jeśli tylko będzie w Twoim mieście – warto się wybrać na taką wystawę dla samej niesamowitej historii tej księgi. Sama wystawa nie jest przypisana do żadnej konkretnej religii i jest skupiona na historii, zaczynając od zwojów z Qumran. Jeśli chcesz się dowiedzieć więcej zajrzyj TU.
Pod koniec września spotkałam się też z moją ukochaną przyjaciółką, z którą widzę się średnio raz na rok 😉 Tutaj akurat siedzę z nią koło ruchliwego ronda i wciągam zdrowe, daktylowo – orzechowe ciacho:
A szukając ciekawej kawiarni z dobrą kawą odkryłyśmy że Szczecin jest… rajem dla surferów?
Tak, jak widać na załączonym obrazku, surfują aż miło:
No i dzięki ogłoszeniu w autobusie odkryłam, że żeby być artystą trzeba mieć lepsze wykształcenie od medyka 😉 Gdyby moje zdjęcie nie było czytelne to podpiszę:
Szkoły artystyczne -> Kierunek pomaturalny
Szkoły medyczne -> Nie wymagamy matury
Na pewno da się to wytłumaczyć, ale mimo wszystko jest zabawne 🙂
Dodatkowo chcę tylko publicznie pochwalić panią z pobliskiego bloku, która zawsze kiedy tamtędy przechodzę coś grzebie pod swoim oknem, dzięki czemu ten podblokowy paseczek ziemi wygląda tak:
We wrześniu też razem z kilkoma innymi blogerkami zrobiłyśmy akcję cukiniową, w ramach której ukazały się u mnie przepisy:
Wpis motywacyjny w którym pytam się Ciebie co możesz zrobić teraz, a nie “od poniedziałku”. Ulubiony wpis z tego miesiąca, chociaż bym się tego nie spodziewała 😉 Ale cóż, chcesz prokrastynacji, będziesz mieć prokrastynację! O ile nie odłożę tego na później pojawi się jeszcze coś na ten temat w tym tygodniu. 🙂
Wpis o pesymizmie który nie spodobał się aż tak jak się spodziewałam. Ha! Cieszę się, znaczy że jesteś radosną kulką szczęścia i optymizmu, która odkłada wszystko na później 😉
Do tego przeczytałam po raz kolejny “Cloud of Sparrows” Takashi Matsuoki* i w wolnych chwilach w ramach odmóżdżenia wróciłam do oglądania Naruto – ostatni raz oglądałam anime na studiach i jakoś tak dzięki książce zatęskniłam za tym światem. Myślałam że do tego czasu już dawno się zakończyło ale nie – dopiero teraz jest koniec! Mamciu, tyle lat. Ogłaszam zakończenie pewnej ery 🙂 *link afiliacyjny
A tutaj wrześniowe linki które sobie pozapisywałam w różnych miejscach:
Ok, to chyba wszystko czym się chcę podzielić. Lubię te podsumowania, wracać do miłych chwil z danego miesiąca i zobaczyć że nie tylko ganiałam w kołowrotku jak chomik. Jeśli masz taką możliwość – zachęcam, też spróbuj robić takie podsumowania, zobacz, czy to coś dla Ciebie.
A tymczasem pochwal się proszę jakimś sukcesem z września. W końcu czytałeś “Co teraz?”, więc co udało Ci się ruszyć? Jakie małe zwycięstwo osiągnąć?
Na początku powiedzmy sobie szczerze – to nie był wyjazd ze względu na miejsce, a ze względu na ludzi. Pojechałam odwiedzić przyjaciółkę a nie rozbijać się po modnych restauracjach i pisać przewodniki, dlatego nie znajdziesz tutaj porad gdzie zjeść i co zobaczyć. Tym niemniej zapraszam na spojrzenie na Niemcy moim okiem 🙂
Na początek najmniej fajne doświadczenie, czyli wszechobecne automaty z papierosami. Ten akurat był na stacji kolejowej gdzie miałam przesiadkę. Na tej stacji też po raz kolejny przekonałam się że przyciągam ludzi pytających o wskazówki, szczególnie jeśli jestem w obcym sobie miejscu 🙂 Na peronie stało kilka osób, a to mnie urocza starsza pani zaczepiła o coś po niemiecku, pomimo że stałam najdalej. Także ten… jeśli chcesz spytać jak gdzieś dojechać to się polecam. Nigdy nie wiem 🙂
Niemcy są zabawnym krajem jeśli zna się polski, angielski i minimalnie niemiecki i ma się wyobraźnię. Kilka przykładów:
Da capo talento – mafia talentów 🙂
Landungsbrucken – lądowisko cegieł 🙂
Konigstrasse – ulica konika 🙂
Hamburg
Niby jesteś tym co jesz, ale tutaj wszyscy mieszkańcy są Hamburgerami. Mój gospodarz też urodził się jako Człowiek – Hamburger.
Za to samo miasto jest piękne – szczególnie Rathaus, czyli Dom Szczurów. Wejście wygląda tak:
Fontanna dla szczurów:
Wnętrze domu szczurów:
Sufit:
Woda dla szczurów (paskudztwo, nie?):
I jedno z moich ulubionych zdjęć – kocham takie klimaty:
Warto być szczurem w Niemczech, prawda? A tu już inne budynki i atrakcje w Hamburgu:
Szalenie podobają mi się te schody, kojarzą mi się z Harrym Potterem:
A to budynek po którym wszyscy biegali w górę i w dół:
My też się na niego wdrapaliśmy, i zobaczyliśmy ślizgawkę dla łódek:
A po drugiej stronie dźwigozaury i jaja dźwigozaurów:
A tu jeszcze aztecka kolumna w Niemczech. Hmmm.
Luneburg:
W Luneburgu polecili mi sfotografować takie coś, podobno jest bardzo stare i przyciąga wielu turystów:
Bardziej mi się jednak spodobał pobliski budynek, który kojarzy mi się z sękaczem a w środku jest sklep z ręcznie robionymi cukierkami (podobno):
Ogólnie Luneburg jest piękny:
Tylko moje zdolności fotografowania są takie: krzywo, źle, ze słupem na środku i nogą bo czemu nie 😀
To był Luneburski Dom Szczurów, a poniżej kolejny krzywy dom w Luneburgu:
Byłam też w takim wspaniałym sklepie z przysmakami:
Cały sklep z czekoladami, słodyczami, smakowymi olejami z oliwek, makaronami, alkoholami:
Zakochałam się. Mogłabym prowadzić taki sklep 🙂
Tej letniej miłości na pewno pomogło że byłam szalenie głodna a po całym sklepie były porozkładane różne pyszności których mogłam spróbować 🙂
Skoro już jesteśmy przy jedzeniu, to moja dieta podczas wyjazdu wyglądała mniej więcej tak: lody które mnie przekupiły głównie kolorową posypką na wafelku:
Tania pizza o północy z dziewczynami:
Burger (dziwny) ze słodkimi frytkami (dziwne):
O mamuniu, jak ja się wytłumaczę dietetyczce? :O
Z innych rzeczy, przekonałam się że niektóre stereotypy są prawdziwe. Oto most miłości w Luneburgu – zobaczcie jak równo założone są kłódki:
A tu most miłości w Gdańsku i polska kreatywność 🙂
(Tak, balustrady są inaczej zbudowane, po prostu nie zadawaj pytań i raduj się ze mną, okay? 🙂
Zobaczyłam też że w sieciówce można kupić tradycyjne niemieckie stroje z różnych landów:
Chciałabym żeby w Polsce też tak było 🙂
Poza tym pozowałam na sesji. W drodze wyglądałam tak:
A w trakcie i w obiektywie prawdziwego fotografa już tak:
Zapraszam na fanpage Justyny 🙂 i zostawiam Cię mam nadzieję z uśmiechem na ustach 🙂 Miłego!
Ach, sierpień. Mam wrażenie że wszyscy byli na wakacjach a ja zasuwałam jak mały samochodzik (pomimo że wyjazdy też się zdarzały).
Zacznijmy od tego, że pod koniec lipca postanowił paść mi telefon – na szczęście po jego gburowatym zachowaniu już się tego domyślałam i miałam przygotowany zamiennik. Przygotować backupu wszystkiego co potrzebowałam już nie zdążyłam, pierwsze dni sierpnia spędziłam więc na infoliniach, w bankach i innych ciekawych miejscach żeby odzyskać co się da. Także ten… pięknie Cię zachęcam – rób backupy. Przydają się.
W sierpniu byłam też z rodzicami u dziadków i wujków na drugim końcu Polski, pozałatwiać rodzinne sprawy. Mieszkaliśmy u wujka i cioci w lesie, miał być czas na relaks i odcięcie się od wszystkiego ale wzięliśmy sobie na głowę zbyt dużo i skończyło się gonitwą z miejsca na miejsce i wiecznym spóźnieniem.
Chociaż nie wszystko stracone, od wujka dostałam książki, od cioci kosmetyki i herbatkę – ciocia prowadzi wraz ze wspólniczkami sklep. To dopiero fajna rodzina – nie dość że u nich mieszkasz to jeszcze dadzą Ci prezenty 😉 Oczywiście my im też coś zawieźliśmy 🙂 A co do książek to mam nadzieję je niedługo przeczytać – mam wrażenie że jestem jedyną osobą na świecie która nie czytała Kiyosakiego. Na razie czekają dzielnie na samym dole kupki “do przeczytania”.
W desperackiej próbie zwiedzenia czegokolwiek i odstresowania pojechaliśmy do Ikei (mój pierwszy raz – zakochałam się!) i do Sławkowa, który jest podobno starszy niż Kraków. Zdjęć zbyt dużo nie mam (zła blogerka) ale często na wyjazdach nagrywam filmiki na instagramie, gdzie pokazuję co robię i gdzie jestem, więc zapraszam.
Tu jest moje jedyne zdjęcie ze Sławkowa – zgadnij na jakiej ulicy jestem? 🙂
Był też szybki grill z rodzinką, na którym babcia sprzedała mi prawdę: “Dobry człowiek dobrze wygląda”. Okazuje się że babcia od zawsze była przy kości i zwykła mawiać właśnie że “dobry człowiek dobrze wygląda” – gdzie “dobrze” oznacza “pulchnie” 🙂 Argumentuje to tym że wiedźmy w bajkach zawsze były chude 😀 Grill odbył się akurat w noc kiedy miały być widoczne Perseidy i mama przybiegła do nas z nowiną że “niedługo będą spadać lemury czy coś tam” czym tak rozbawiła towarzystwo na tyle że zeszli z tematu jakim dziecięciem byłam (ufff).
Kiedy miałam już wszystkiego dość i akurat był dzień kiedy nie musiałam koniecznie biegać po rodzinie uciekłam sobie do Krakowa. Średnio się opłacało bo cały dzień lało, ale przypadkiem trafiłam do osławionej drogerii Pigment i przepadłam. Mogłabym mieć taki sklep – albo w takim pracować – totalnie moje klimaty 🙂 Wypatrywałam też nieśmiało czy aby nie wpadnę na Alinę Rose żeby ją wyściskać, ale niestety. Kupiłam sobie za to małe co nieco:
Z zakupów muszę też pochwalić się tym: herbalicja ma nowy kubek na herbatę! <3 Można go kupić tutaj, jest wiele wzorów ale ten upatrzyłam sobie już dawno dawno. Wiele moich znajomych ma właśnie takie kubki i zawsze im skrycie zazdrościłam bo są super – bardzo pojemne (ważne!) i w moim stylu 🙂
Pod koniec miesiąca pojechałam też do przyjaciółki do Niemiec na kilka dni, tam już jakieś zdjęcia porobiłam i mini – relacja niebawem się pojawi 🙂
Jeśli chodzi o zdrowy tryb życia w tym miesiącu niestety było ciężko – dużo stresów i wyjazdy na których musiałam się w dużej mierze dostosować rozwaliły i plan żywienia i sen. Miałam też zdecydowanie słaby okres jeśli chodzi o picie wszystkich obrzydliwych zdrowych miksturek i łykanie tabletek. Wszystko to odczułam na zdrowiu więc bardzo się cieszę że jestem już w domu i mogę wrócić na zdrowe tory. Udało mi się za to zrobić sobie testy na nietolerancje pokarmowe więc juhuuu! Kolejny krok do przodu 🙂
Ze względu na to że w sierpniu miałam dużo zajęć ucierpiał i blog i czytanie. W tym miesiącu zaczęłam “Polowanie na Wilka z Wall Street” i jakoś nie mogę go dokończyć. Mam nadzieję że we wrześniu to nadrobię i doczytam jeszcze “Cloud of Sparrows” – odzyskałam ją po kilku latach i mam ochotę przeczytać jeszcze raz. Możecie mnie pilnować 🙂
Trochę osobisty wpis z morałem, o tym, że nie da się zrobić wszystkiego naraz. Jeśli z tamtego miesiąca przeczytasz tylko jeden artykuł – przeczytaj ten.
Polecajek w tym miesiącu nie ma, mam otwarte jakieś 143 zakładki i pozapisywanych jeszcze więcej linków ale dopiero będę się zabierać za ich konsumowanie w coraz chłodniejsze wrześniowe wieczory 🙂
W pierwszych dniach lipca hasłem wybrzmiewającym najczęściej w mojej głowie było: “ożeszkurde ile to wszystko kosztuje!”. Rozpoczęłam dietę i suplementację, którą dostałam od dietetyczki.i Trzeba było wszystko wykupić, a powiedzmy sobie szczerze że zdrowa dieta i góra suplementów to nie jest to co portfele lubią najbardziej. Tak więc za każdym razem kiedy podchodziłam do kasy lub klikałam “kup teraz” i widziałam kwotę powtarzałam sobie “ożeszkurde!” i… jakoś przetrwałam.
W pierwszym tygodniu lipca wystartowałam też w końcu z blogiem, uznałam że i tak moment nigdy nie jest idealny więc co mi tam. Pierwszy wpis był o rozpoczynaniu, zainspirowany był właśnie początkiem diety i bloga i można go znaleźć TU.
W kolejnym tygodniu moja mantra z “ożeszkurde ile to wszystko kosztuje!” zmieniła się na “ożeszkurde to działa!” – zaczęłam widzieć pierwsze efekty, co było super hiper mega fajne i och jej, właśnie na samą myśl wraca mi motywacja! 🙂 Bardzo dużo pracy, zmiany związane z trybem życia, nowe obowiązki… w tym tygodniu nie miałam zbyt wiele czasu. Jedyne co pamiętam to że w związku z uczuleniem które mi wyskoczyło na ręku nie bardzo mogłam je moczyć i używać środków czystości, więc kiedy po solidnym sprzątaniu zobaczyłam mola, złapałam go w ścierkę i zaniosłam tacie ze słowami: “bo ja nie mogę moczyć rąk!”. Też nie wiem o co mi chodziło 😀
Następny tydzień to mini wakacje w Gdańsku! Przez AirBnB miałam wynajęte piękne mieszkanko i byłam tak padnięta że mogłabym w ogóle z niego nie wychodzić.
Tylko że wtedy przegapiłabym mnóstwo pięknych miejsc, przemiłych ludzi, pokemonów, no i plażę. To tam zobaczyłam, że morze tak naprawdę jest dla turystów budowane:
Później już były obowiązki obowiązki obowiązki. Jedyne chwile relaksu to siedzenie na balkonie z czymś dobrym do jedzenia.
Ach, no i z książką. Koleżanka poleciła mi “Zanim się pojawiłeś” Jojo Moyes. Dawno się tak nie spłakałam, nie wiem co ją podkusiło żeby mi, miękkosercej istocie, polecić taką lekturę. Kilka dni później obejrzałam też film i – chociaż patrząc na plakat widzę tam Khalessi i Finnicka i obawiałam się jak to wpłynie na odbiór – byłam pozytywnie zaskoczona. Szczególnie główna bohaterka mnie urzekła. Z fabuły nic nie zdradzę, jeśli jeszcze nie widziałaś a chcesz to czytaj/oglądaj na własną odpowiedzialność 🙂
Z cudzych to już wszystko, nie miałam zbyt wiele czasu na czytanie a poza tym jak już czytałam to zapominałam zapisać na później. Postaram się poprawić w przyszłym tygodniu! U mnie za to w lipcu pojawiły się takie wpisy:
Wspomniane już Każdy Kiedyś Zaczynał, dla każdego kto chce lub musi coś w swoim życiu zmienić,
Darmowe wtyczki do wordpressa na start, jeżeli zaczynasz swoją przygodę z wordpress.org to zapraszam, trochę się musiałam naszukać takiego zestawu startowego więc może komuś pomogę zaoszczędzić trochę czasu 🙂
Organizacja listy zadań – o tym jak sobie radzę z natłokiem… wszystkiego. Kilka narzędzi i sposobów które działają u mnie, szczególnie przy tym co sama chcę zrobić a nie z tym co koniecznie muszę bo inaczej mnie powieszą za rzęsy.
Poznajmy się, bo głupio czytać jak ktoś sobie radzi w życiu i nic o nim nie wiedzieć. Nie bierz wszystkiego na serio 🙂
Następnie pytam Cię jaki masz problem – taka jestem troskliwa 🙂 Mieszkam też w bloku, więc to może moja blokerska natura się odzywa 🙂
Wpis o uporczywym łupieżu – jeśli Nizoral nie pomaga albo problem nawraca, może moje sposoby Ci pomogą? Oczywiście oprócz lekarza 🙂
Pomyślałam że fajnie by było napisać coś więcej o sobie, dać się poznać też z innej strony. Nie chcę żeby ten blog był tylko poważny i dający wartość, ma też dawać radość! Spytałam więc przyjaciół, co chcą o mnie wiedzieć, i wybrałam kilka ciekawych pytań. Od razu ostrzegam, pytania są nietypowe a odpowiedzi pół żartem, pół serio. To co, zaczynamy?
1. Czy poszłabyś na randkę z męską wersją siebie? Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Po pierwsze jestem introwertykiem i do tego nieśmiałym (czasem udaję brawurę) i nie cierpię się komuś narzucać – a adorowanie to jest narzucanie się przecież komuś, prawda? 😀 Więc nigdy bym do żadnej dziewczyny nie zagadała, a jakby któraś sama spróbowała to pewnie rzuciłabym jej przerażone spojrzenie i zwiała. Niezbyt dobre warunki do randkowania 😉
Inna sprawa, gdyby było to tylko i wyłącznie na zasadzie przyjaźni. Wtedy to rozumiem! Lubię przebywać z facetami, więc gdybym jako chłopak lubiła przebywać z dziewczynami to pewnie część by uważała że jestem niepoprawnym flirciarzem a reszta widziała we mnie tylko materiał na przyjaciela. Ponownie – wyczuwam zero randek na horyzoncie!
Po trzecie jestem życiową niezdarą jeśli chodzi o załatwianie spraw w urzędach, odróżnianie samochodów (lub dbanie o nie!) i noszenie ciężkich rzeczy. Niezbyt dobry ze mnie materiał na męża 😉
2. Gdyby każdy musiał nosić na szyi tabliczkę ostrzegawczą, co byłoby na Twojej? Hm, pewnie coś o tym że jestem introwertyk i żeby podchodzić ostrożnie. Może coś w stylu coś w stylu “delikatnie, proszę!”
Albo “fragile” – absolutnie kocham to słówko i kocham je czytać tak jak się pisze. Fragile – takie żabie gile.
Więc reasumując moja tabliczka miałaby napis “żabie gile” 🙂
3. Gdybyś mogła być kobietą sławnego mężczyzny… kogo wybrałabyś na swojego amanta? Argumenty? Och kurczę, to jest ciężkie. Jestem tak niepoprawną romantyczką i monogamistką że ciężko mi to sobie nawet wyobrazić 😀 Hmmm… Pierwszy mi wpadł do głowy Colin O’Donoghue, ale to dlatego że ostatnie dni spędziłam na nadrabianiu “Dawno, Dawno Temu”. Poza tym, może Keanu Reeves? Chciałabym sprawić że się uśmiechnie 🙂
4. Jaką fuchę wybrałabyś dla siebie / w jakiej byś się widziała gdybyś dostała ofertę z cyrku?
Kolejne ciężkie pytanie – nie lubię cyrku 😉 Ale gdybym miała powiedzieć to byłabym wybitnie giętkim skoczkiem trapezowym tańczącym w powietrzu z ogniem. Gdybym miała pewność że zwierzęta są szczęśliwe robiłabym to samo tyle że na tygrysie. Kurczę, taki pokaz sama bym obejrzała 😉
5. Gdzie chciałabyś mieć dom? Hm, nie wiem gdzie, myślę że mimo wszystko w Polsce. Na pewno chciałabym żeby był blisko lasu, blisko jeziora, z dużą sypialnią i garderobą. I patio. I dużym kawałkiem ziemi, nie tylko takim wypierdkiem na samochód. I z psem. I z ogródkiem i z kwiatami… i chciałabym żeby cały czas była wiosna i lato wokół tego domu i dużo śmiechu i dużo miłości. O.
6. Jakie są Twoje wymarzone źrodła dochodów jakie chcesz mieć? Wymarzone źródła dochodów… wynajem mieszkań, własna firma i blog, do tego bogaty mąż 🙂
7. Co chcesz osiągnąć poprzez prowadzenie bloga? Chciałabym poznać podobne do mnie stworki, pomóc komuś kto może przechodzi przez podobne problemy jak ja, zmotywować, dać pozytywnego kopa, wywołać uśmiech na czyjejś twarzy. Chciałabym współpracować z innymi blogerami, z osobami w branży kreatywnej, robić coś pożytecznego. W przyszłości chciałabym pomóc osobom kreatywnym zarabiać na swojej kreatywności a osobom bardzo analitycznym i siedzącym w cyferkach pomóc dogadać się z resztą świata z którą czasami muszą się dogadać 🙂 W jeszcze dalszej przyszłości chciałabym otworzyć sklep gdzie sprzedawałabym produkty ze zdjęciami i rysunkami moich przyjaciółek, bardzo chciałabym żeby miały z tego źródło dochodu bo to najzdolniejsze bestyjki jakie znam.
A Ty? Jak byś odpowiedział/a na te pytania? Może masz jakieś inne? Podziel się!
Jak obecnie wygląda u mnie lista to-do i kilka przydatnych narzędzi.
Ach, listo zadań… Nigdy nie jest z Tobą dobrze! Przerabiałam już listy papierowe, miliony aplikacji, Happy Planner, system Get Things Done i pewnie jeszcze kilka innych z mądrymi nazwami.
Wszystko działało tydzień, dwa, a potem nawarstwiało się tyle niezałatwionych spraw (które wciąż były aktualne) że aż przykro było zaglądać. W końcu pogodziłam się, że nie ma jednego narzędzia, które zadowoli mnie w 100%. Ale po kolei:
Happy Planner. Występuje w kilku wersjach. Używałam wersji całorocznej. Na stronie jest o wiele więcej zdjęć. Dziewczyny biorą do serca wszystkie uwagi kierowane w kierunku Happy Plannera, więc w przyszłym roku ten układ może się zmienić. Jest piękny, bardzo kobiecy, przykładowa karta wygląda tak: Dodatkowo są roczne i miesięczne cele oraz różnego rodzaju listy, np. lista wdzięczności czy porannych rytuałów. W Happy Plannerze podoba mi się, że oprócz godzinowego planu jest też lista zadań na dany dzień, priorytety i miejsce na notatki. Doceniam “dziękuję za”, “codzienną przyjemność” i “coś dla zdrowia” – przypominają że nie tylko sprawami do załatwienia człowiek żyje, a systematycznie wypełniany z czasem może stać się sympatyczną lekturą. Bardzo fajne są cele miesięczne, ale m.in. właśnie na tym planner u mnie poległ. Niestety miesiąc to trochę za długo/za krótko (zależy od strony których celów spojrzeć), poza tym trzeba ciągle przekładać kartki i w związku z tym w natłoku spraw codziennych cel już nie jest tak dobrze widoczny. Dodatkowo, żeby Happy Planner działał jak należy, trzeba naprawdę wszystko w nim zapisywać i nigdy się z nim nie rozstawać. W moim przypadku niewykonalne, ale sam planer jest świetnym dodatkiem 🙂
Workflowy. Jedno z moich ulubionych narzędzi. Zaczynasz od pustej kartki, na której możesz dodać dowolną ilość zadań w formie punktów. Możesz też utworzyć listy, a każda lista po kliknięciu będzie osobną, czystą stroną. Ok, trochę ciężko to wytłumaczyć, a jest naprawdę proste i przejrzyste, więc zerknij sobie po prostu TU i wypróbuj jak to działa. Wciąż używam workflowy właśnie do wszelkiego rodzaju list i długoterminowych projektów. Da się tam zorganizować całe życie i nawet otworzyć firmę (np. Slack powstał właśnie przy użyciu workflowy). Do obejrzenia prezentacji potrzebna jest znajomość angielskiego, ale tak naprawdę samo narzędzie jest super intuicyjne, ładnie wyglądają polskie znaki, i co najważniejsze, do 250 “zadań” miesięcznie jest darmowe.
Aplikacja Pomodoro – świetnie się u mnie sprawdza kiedy potrzebuję zrobić coś na komputerze a facebook kusi lub do załatwiania spraw, które muszą być koniecznie zrobione ale zabieram się do nich jak pies do jeża. Wpisuję sobie wtedy takie rzeczy do pomidorka, przekonuję sama siebie że 25 min, które trwa cykl pracy to wcale nie jest dużo i nie ma że boli, poświęcam się tylko temu zadaniu. Pomaga. Chyba że lenistwo wygrywa – wtedy nic nie pomaga 😉 Jest sporo tego typu aplikacji, na telefon, tablet, komputer… Wybierz taką która Ci najbardziej odpowiada 🙂
Aplikacja Get Things Done – pierwotnie używałam jej do zapisywania wszystkich niezałatwionych spraw które w terminie bliższym lub bardziej odległym wymagają uwagi, ale w końcu przerzuciłam to na osobną listę w Workflowy. Aplikację za to wciąż trzymam na telefonie, a nuż znajdę dla niej lepsze zastosowanie 🙂
Kalendarz w komputerze/telefonie lub przypomnienia – używam ich do zapisywania dat odległych wizyt u lekarza, spotkań, ważnych urodzin (wpisuję je 2 razy – raz tydzień przed żeby spokojnie kupić prezent, drugi raz już właściwego dnia).
Karteczki samoprzylepne – używam ich do najważniejszych spraw na ten tydzień oraz do rzeczy które wymagają motywacji wewnętrznej bo nikt mnie nie zamorduje ani nie wyrzuci z domu jeśli tego nie zrobię. Jak to działa? Karteczki przyklejam na szafie koło łóżka i miejsca pracy, tak, że są zawsze widoczne (dla mnie bardzo ważne!).
Na samej górze ustalam sobie hasło na dany tydzień: może to być jakiś cytat, motywujące zdanie, ważny cel, werset biblijny, główny priorytet czy hasło, na czym chcesz się skupić w danym tygodniu, np. rodzina. Niżej mam najważniejsze bieżące sprawy które muszę załatwić – max. 6 (po jednej dziennie + 1 dzień na obijanie się). Ważne, żeby nie dokładać sobie kolejnych kiedy już jakąś stamtąd usuniesz – lubię widzieć że tam ubywa i dokładać nowe tylko w wyznaczone dni. Niby mały trik, a pomaga zachować motywację.
Jeszcze niżej wszystko to, co przydałoby się zrobić, np. prasowanie, rozpiskę treningów itp. W tym rządku karteczek znajdują się powtarzające się działania które nie są dla mnie jakoś niesamowicie pilne w danej chwili, ale jeśli ich nie rozpiszę przed oczami to kiedy przyjdzie wolna chwila prędzej zajmę się graniem w kulki zamiast czymś pożytecznym 😉 Na samym dole mam dodatkowy rządek na najważniejszy “projekt”, dużego “słonia”, którego rozpisuję sobie na mniejsze cele. W tym momencie jest to akurat blog.
Bonus: Habitica. Pierwszy raz przeczytałam o niej u Natalii i tam też jest fajnie opisana, więc nie będę się powtarzać. Sama nie używam, ale wiem że od tego czasu kilku moich znajomych wysyłało mi na zasadzie: “Patrz, fajne!”. Pomimo że lubię grać to akurat to mnie nie do końca przekonało, ale może Ciebie?
Habitica – materiały promocyjne
A Ty? Jak się organizujesz? Może polecisz coś fajnego?
Ustawienia zgody
Aby zapewnić najlepsze działanie strony, korzystamy z technologii takich jak pliki cookie, które umożliwiają przechowywanie informacji na urządzeniu i/lub uzyskiwanie do nich dostępu. Wyrażenie zgody pozwala nam przetwarzać dane, takie jak sposób korzystania ze strony czy unikalne identyfikatory. Brak zgody lub jej wycofanie może wpłynąć na działanie niektórych funkcji i usług.
Funkcjonalne
Always active
Techniczne przechowywanie lub dostęp są bezwzględnie niezbędne do realizacji uzasadnionego celu, jakim jest umożliwienie korzystania z konkretnej usługi wyraźnie zażądanej przez użytkownika, lub wyłącznie w celu przesyłania komunikacji za pośrednictwem sieci łączności elektronicznej.
Preferences
The technical storage or access is necessary for the legitimate purpose of storing preferences that are not requested by the subscriber or user.
Statystyczne
The technical storage or access that is used exclusively for statistical purposes.Techniczne przechowywanie lub dostęp wykorzystywane wyłącznie do anonimowych celów statystycznych. Bez wezwania sądowego, dobrowolnej współpracy ze strony dostawcy usług internetowych lub dodatkowych danych pochodzących od strony trzeciej informacje przechowywane lub pobierane wyłącznie w tym celu zazwyczaj nie mogą zostać wykorzystane do zidentyfikowania użytkownika.
Marketingowe
Techniczne przechowywanie lub dostęp są wymagane do tworzenia profili użytkowników w celu przesyłania reklam lub śledzenia użytkownika na jednej bądź kilku stronach internetowych w podobnych celach marketingowych.