Praktyczny pesymizm

Dla pesymistów i tych, którzy ciągle się przejmują – i chcą coś z tym zrobić!

 

Ostatnio przy okazji słuchania jakiegoś zupełnie niezwiązanego z tematem wywiadu usłyszałam o idei praktycznego pesymizmu. Przypomniało mi się wtedy, że dawno dawno temu stosowałam coś podobnego. Na czym polega ta metoda?

 

Jeśli jesteś pesymistą i bardzo mocno Ci to przeszkadza możesz spróbować prowadzić dziennik, w którym będziesz zapisywać każdy pesymistyczny rozwój wypadków który siedzi Ci w głowie i – uwaga, to bardzo ważne! – jak się wtedy zachowasz i co w takiej sytuacji zrobisz.

 

Tak, jeśli ta metoda ma zadziałać najlepiej jest wszystko ZAPISYWAĆ – cały myk polega na tym, że jeśli tylko przemyślisz rozwój wypadków i swoją reakcję to po pewnym czasie mózg bardzo wygodnie wyprze tą drugą część i zostawi tylko pesymizm. Tymczasem to co na papierze już tak łatwo nie zniknie – zawsze po pewnym czasie możesz zajrzeć do dawnych zapisków i zobaczyć ile z tego się sprawdziło i jeśli coś faktycznie się posypało to co planowałaś z tym zrobić 🙂 Dlatego też świetnie jeśli będzie to dedykowany dziennik a nie zbiorowisko przypadkowych karteczek które można pogubić.

 

Kiedyś stosowałam podobną metodę – być może nie jestem jakąś szczególną pesymistką, za to spokojnie mogłabym zostać zawodowym zamartwiaczem. Zaczęłam więc te moje zmartwienia wpisywać w specjalny notes i na trzeźwo określać jakie jest prawdopodobieństwo że coś złego faktycznie się zdarzy. Wpisywałam wszystko – małe i duże zmartwienia, dotyczące kolejnego dnia i 10 lat naprzód. Już po kilku dniach zauważyłam że mniej się przejmuję i potrafię realniej ocenić sytuację. Nabrałam też trochę pewności siebie. Za każdym razem kiedy coś się spełniało lub nie – też to zapisywałam. Dzięki temu miałam naprawdę ciekawy “pamiętnik”, który świetnie się przeglądało – bo wiecie, większość z moich zmartwień była mocno wydumana lub przynajmniej przerysowana. Rzeczywistość nie była taka straszna 😉 Trzeba było tylko to zobaczyć czarno na białym, napisane własnym pismem i na podstawie faktów. Zgadzam się z Margaret Thatcher:

Dziewięćdziesiąt procent naszych zmartwień dotyczy spraw, które nigdy się nie zdarzą.

Minusem metody jest to, że takie prowadzenie dziennika zajmuje sporo czasu i czasami (szczególnie na początku) ciężko jest się zebrać lub wymyślić rozwiązania do problemów, które się stworzyło. U mnie czynnikiem, który spowodował że przestałam prowadzić taki dziennik był właśnie brak czasu. Myślę jednak, że jeśli ciężko już Ci wytrzymać z samą sobą to jest to świetny pomysł i warto spróbować. Dzięki takiemu pisaniu nie tylko poprawi się Twoje podejście do świata, ale też kreatywność i łatwość rozwiązywania problemów także w innych obszarach. Jedna moja rada: nie odkładaj sobie tego pisania na sam wieczór – później ciężko jest zasnąć, bo albo nie uda Ci się wymyślić rozwiązań i tylko pogorszysz swój stan tuż przed snem albo na odwrót – wpadniesz na tyle pomysłów że głowa nie będzie chciała się uspokoić. Tak tylko ostrzegam 🙂

www.herbalicja.pl

Wiadomo, to tylko jedna metoda, wydaje mi się, że niezbyt znana, więc na niej się skupiłam. Oprócz tego w walce z pesymizmem i zamartwianiem się pomogło mi też:

  • Odcięcie się zupełnie od stron typu Pudelek, plotek ze świata gwiazd itd. Raz, że artykuły są tam denne, a dwa – komentarze pod nimi powodują depresję i zanik wiary w ludzi. Tyle chamstwa, czepialstwa, nienawiści i zwykłego buractwa co tam jest ciężko przeżyć bez żadnego uszczerbku na psychice. Informacje tam zawarte ani nie są mi potrzebne, ani tak naprawdę mnie nie relaksują, nie jestem po nich mądrzejsza a większość zapominam zanim nawet nacisnę krzyżyk w prawym górnym rogu. Ciekawie pisała też o tym Ania TUTAJ . Zamiast przeglądać wyroby pudelkopodobne jeśli jakiś artysta naprawdę mnie interesuje – śledzę jego albo czasami po prostu wyszukuję go i informacji na jego temat.

  • Zostańmy przy śledzeniu – wyrzuciłam ze swojej tablicy na facebooku i w każdy inny sposób przestałam śledzić wszystkie antyfanpage i grupy które charakteryzuje to, że kogoś/czegoś nie lubią. Nie podoba mi się coś – jeśli nie jest wielkim zagrożeniem po prostu to olewam, jeśli jest – staram się dowiedzieć co można na to poradzić (możesz spisywać pomysły w swoim dzienniku 🙂 Może tego nie czuć aż tak mocno, ale ciągła nienawiść i wkurzenie naprawdę źle wpływają na psychikę (przynajmniej moją) i nastawiają negatywnie do ludzi, a stąd już tylko krok do pesymizmu.

  • Przestałam też śledzić strony z umierającymi i cierpiącymi zwierzętami i ludźmi. Jeśli coś mnie porusza – znajduję miejsce które potrafi podejść do tematu w inny, pozytywny i proaktywny sposób – nie tylko zdjęciami torturowanych zwierząt i ewentualnie nawołaniem do podpisania petycji. Nie dołączam do grup pomocy kolejnemu cierpiącemu dziecku. Generalnie nie udaję że jestem lepsza niż jestem. Bez tego też dochodzą do mnie prośby o pomoc, regularnie wspieram wybrane organizacje i nie przechodzę obojętnie jeśli mogę pomóc – ale nie zaśmiecam sobie głowy wszystkimi cierpieniami świata, a szczególnie tymi, na które nic nie mogę w tej chwili poradzić. Możecie sobie pomyśleć że to jest okrutne i jestem paskudnym człowiekiem – ale tak naprawdę wielkość mojej pomocy od tego nie zmalała, a ja nie mam poczucia winy za każdym razem kiedy nie polubię drastycznego materiału – i koszmarów przez kilka kolejnych nocy po jego obejrzeniu.

  • Wiadomości – niestety mało jest wiadomości w tv czy internecie które oferują coś oprócz polityki i katastrof. Staram się filtrować to, co oglądam, chociaż nie zawsze mi się udaje. Dla mnie dobrą taktyką okazało się znaleźć jedną stronę/program którą oglądam, którego format mi odpowiada i tylko tego jednego się trzymam. Wersja drastyczna – można też odciąć się w ogóle. Jeśli wydarzyło się coś naprawdę ważnego tak czy siak się o tym dowiesz, bo będą Cię o tym informować wszyscy i wszystko.

  • W końcu – wiara. Jestem chrześcijanką, pokładam swoją nadzieję w Bogu, wiem co dla mnie zrobił. Jeśli się to sobie uświadomi, ciężko jest być pesymistą 🙂

A Ty masz jakiś pomysł na walkę z pesymizmem i zamartwianiem się? A może jesteś urodzoną optymistką?

Nie wszystko naraz, proszę!

Priorytety, priorytety – dziś znów (tak jest!) o priorytetach

 

Są takie koncepcje w życiu które dla wszystkich oprócz Ciebie wydają się oczywiste. Czasami przychodzi moment olśnienia i bez problemu dołączasz do grona wtajemniczonych, a czasami wiedzę trzeba wyszarpywać po kawałeczku, w bólu i pocie czoła. Dzisiaj opowiem Ci właśnie o takim wyszarpanym kawałeczku, i szczerze mam nadzieję że wszystko już wiesz i stosujesz w swoim życiu – zdecydowanie jest wtedy łatwiej!

 

Sam pomysł jest prosty: nie rób, człowieku, wszystkiego naraz. Tak, oczywiście, przecież wiem, przecież to oczywiste, bla, bla, bla. Tylko ta wiedza mi na przykład wcale nie przeszkadzała w zrywach typu: od poniedziałku zaczynam bloga, dietę, zacznę chodzić na siłownię, sprzedam nieużywane przedmioty i zrobię remont pokoju! To tak na początek, jak z tym się uporam to w kolejnym tygodniu zabiorę się za jeszcze ważniejsze i większe rzeczy! Przesadzam? Nie, niekoniecznie. Nie zawsze tak ekstremalnie, ale tak też miałam.

priorytety

Lubię dawać z siebie 100%. Jestem też bardzo krytyczna wobec siebie i widzę wiele do poprawy w swoim życiu. Najlepiej we wszystkich dziedzinach naraz. Dodaj sobie do tego internet i znajomych zainteresowanych rozwojem osobistym i masz przepis na katastrofę. Wiesz ile w ogóle jest dziedzin życia w takim kółeczku coachingowym? Osiem: rodzina, duchowość i emocje, finanse, życie zawodowe, relaks i rozrywka, rozwój osobisty, przyjaciele i znajomi, zdrowie i kondycja. Teraz w najgorszym momencie swojego życia traf człowieku na takie kółeczko, stwierdź że wszystko leży i kwiczy i musisz w każdej dziedzinie ustanowić sobie cele i priorytety i cisnąć do przodu. Ze wszystkim naraz. Przecież jesteś zwycięzcą! Twoja doba ma tyle samo godzin co doba Beyonce! Dajesz! Ciśniesz!

 

Tak się moja droga ciśnie, ale depresję. Tak właśnie powstają zrywy – takie jak opisane wyżej – i dołki, że jednak nie wychodzi, nie ma siły, do niczego się nie nadaję i jakoś nie jestem zwycięzcą, a nawet zawodnikiem w tym wyścigu nie za bardzo chcę być.

 

Tak właśnie przechodząc ciężki okres w życiu i fizycznie czując się paskudnie zapisałam się jeszcze na kurs biznesowy w innej części Polski. No bardzo fajnie że się zapisałam, ale od razu mnie tam przygnietli do podłogi bo każdy miał biznes, każdy zarabia, jest ekspertem i się rozwija osobiście. No to ja też muszę. I muszę jeszcze to, i to, i tamto. A tu trzeba pracy szukać, a tu biznes swój zaczynać, a tu nad relacjami pracować, nad sobą bo wady mam i nie można mieć ich świadomość i tak to zostawić, i nad dochodem pasywnym też trzeba… Seriale trzeba nadrobić bo się okazuje że jak już pracuję nad relacjami ze znajomymi to zostają albo plotki albo seriale których nie znam… Ale nad innymi znajomymi też muszę pracować bo muszą być tacy co mnie ciągną w górę, i pasję trzeba mieć, i pracować po kilkanaście godzin dziennie, no i jak to, na siłownię nie chodzisz?! Zauważ że to nawet nie wszystkie dziedziny z kółeczka 😉

 

Tak się miotałam przez kilka(naście) miesięcy, niczego tak naprawdę nie osiągając, za to pogrążając się jeszcze bardziej w poczuciu własnej beznadziei i dodatkowo kopiąc swoje (już leżące) zdrowie. Desperacko próbowałam zająć się wszystkim naraz bo miałam poczucie że nie można tak po prostu dać sobie czas na wypłakanie się, ochłonięcie, na zadbanie o siebie i swoje zdrowie. W naszej kulturze to nie wypada, to lenistwo jest. Trzeba odnosić spektakularne sukcesy chociaż w jednej dziedzinie, zasuwać, dać coś zanim się weźmie. Poza tym trzeba z czegoś żyć – w tej chwili mam dach nad głową i jedzenie, ale przecież nie będzie tak zawsze jeśli się nie ruszę, muszę więc ruszyć się już teraz. Kolejny stres, kolejny nakaz w mojej głowie.

 

Pewnie dalej bym się tak miotała jak kot wrzucony do wanny gdybym powoli nie zaczęła sobie uświadamiać że – no właśnie – nie da się zrobić wszystkiego naraz. Nawet wydawałoby się że jeden priorytet, jak powrót do zdrowia, potrzebuję rozbić na mniejsze – na tej podstawie zresztą powstał wpis o najważniejszym nawyku.

priorytety

W końcu przestałam się miotać. Nie jest mi wstyd. Wiem co i dlaczego robię. Od kiedy sobie to uświadomiłam w moim słowniku priorytet występuje tylko w liczbie pojedynczej. Jest jeden priorytet i kropka. Będę go sobie ustanawiać wedle tego czego w danej chwili najbardziej potrzebuję – ja, nie środowisko, normy społeczne, przyjaciele czy rodzina. I wiesz co? Od tej pory żyje mi się o wiele lepiej. Łatwiej mi rozmawiać z super-hiper-produktywnymi znajomymi którzy mają 7 biznesów i pytają o mój pomysł i jego realizację. Łatwiej jest działać. Mam swój kierunek i podążam nim, jeden priorytet naraz.

 

Możliwe że sobie myślisz że to mi zajmie wieki i nigdy nic nie osiągnę i Ciebie to nie dotyczy bo masz zobowiązania, odpowiedzialność i nie możesz sobie odpuścić bo czekają Cię straszne konsekwencje? Zgaduję bo do niedawna też tak myślałam 🙂

 

Wiesz co? Ja też mam zobowiązania. Też nie leżę do góry nogami i się nie obijam. Po prostu mierzę siły na zamiary. Wciąż mam przed sobą wizję braku pieniędzy i dachu nad głową jeśli nie zacznę w tej chwili robić… wszystkiego. Tylko przez ostatnie miesiące robiłam wszystko kosztem tego co najważniejsze, nie wyszło mi i jakoś żyję. Równie dobrze mogę więc przestać się tym zadręczać, skupić się na najważniejszych sprawach i skierować energię tam gdzie faktycznie coś mogę zdziałać. Wtedy nawet jak mnie eksmitują będę miała energię żeby się z tym uporać 😉 Często ten cały stres, nakazy i zakazy siedzą głównie w naszej głowie, a konsekwencje nieposłuszeństwa wcale nie są takie straszne. Trzeba sobie tylko zdać sobie z tego sprawę i jakoś zupełnie inaczej człowiek podchodzi do życia 🙂

 

Po drugie, coś co zauważyłam już dawno ale jednak z uporem osiołka olewałam – mogę sobie założyć nie wiadomo co, wielkie plany, wielkie zmiany – zrobić ze dwa duże skoki i przestać bo mnie to przerasta, a mogę też robić maluteńki kroczek raz dziennie i z radością wyczekiwać kolejnej szansy na minimalne przybliżenie do celu. Jeśli wezmę pod lupę jak to wygląda w skali np. pół roku to zdecydowanie dalej zaprowadzi mnie strategia mini-kroczków. Tak na chłopski rozum, weźmy może naukę angielskiego jako (przejaskrawiony) przykład. Możesz sobie założyć że tydzień przed wakacjami z poziomu początkującego przeskoczysz na zaawansowany – wiesz, masz motywację, będziesz potrafiła się dogadać, specjalnie przeznaczysz na to czas i nic innego nie będziesz robić tylko z pieśnią na ustach zakuwać słówka i wymyślne zdania godne angielskiej królowej, wiesz, te ze wszystkimi pokręconymi angielskimi czasami. Uda się? Coś się pewnie uda, ale nagle się okaże że oprócz nauki angielskiego 24h/dobę trzeba się jeszcze spakować, coś szalenie ciekawego dzieje się na Twojej tablicy na facebooku, wreszcie jest piękna pogoda a Ty tak naprawdę nie masz konkretnego planu więc wszystko rozchodzi się po kościach. Możesz też postawić sobie cel wcześniej, wziąć tylko jeden na klatę, i to taki, który dasz radę udźwignąć, np. nauka 5 słówek dziennie z konkretną aplikacją i obejrzenie filmu po angielsku raz w tygodniu. Po pół roku – w pierwszej opcji nauczysz się 100 słówek a potem zarzucisz naukę bo i tak po już wyjeździe, w drugiej opcji po pół roku umiesz zdecydowanie więcej, nawet jeśli opuścisz kilka dni. Tak w uproszczeniu 🙂

 

A photo posted by Herbalicja (@herbalicja) on

No dobrze kobieto, ale skoro mówisz że nie wszystko naraz, to przecież to potrwa lata świetlne! Tak i nie 🙂 Opowiem Ci jak to wygląda u mnie: najpierw się mocno zastanawiam co jest dla mnie teraz najważniejsze. Rozbijam to sobie na proste, konkretne działanie, które mogę wprowadzić każdego dnia. To bardzo ważne żeby nie brać sobie na głowę ani za dużo ani za mało. Później skupiam się na robieniu tego jak najlepiej, codziennie, przez miesiąc. W tym czasie przeważnie wyrabiam sobie nawyk, przeżywam jakieś mniejsze/większe problemy związane z daną czynnością i nabieram doświadczenia. Po miesiącu zaczynam widzieć czy to coś dla mnie i jak to ewentualnie zmodyfikować.

Zastanawiam się wtedy czy:
a) weszło mi to w krew już na tyle żeby robić to dalej bez problemu,
b) czy potrzebne są jakieś zmiany, czegoś jest za dużo/za mało, coś się nie sprawdza jak powinno,
c) czy dalej jest to priorytet.

 

Na tej podstawie podejmuję kolejne działanie – albo ustalam nowy priorytet z tej samej lub innej dziedziny, albo jeśli nie czuję się pewnie a dalej jest to ważne poświęcam jeszcze trochę czasu na to samo. Kiedy już drobne problemy nie wybijają mnie z rytmu mogę dalej kontynuować co robię i więcej energii przeznaczyć na kolejny priorytet. Tak, czasami jest ciężko, bo chcesz ruszyć z kopyta, dasz sobie przecież radę, teraz masz energię i jest poniedziałek/Nowy Rok i to jest właśnie ten czas żeby zacząć wszystko naraz. Jeśli u Ciebie się to sprawdza – to super! U mnie jednak ta niesamowita chęć do działania nie trwa non stop, za to często pojawiają się życiowe problemy, które testują jak mocno chcę tego co mówię że chcę 😉 Nagle nowa dieta jest wystawiona na próbę bo mama upiekła najpyszniejsze ciasto świata, znajomi wyciągają na pizzę więc artykuł na bloga musi zaczekać, źle oszacowałam ile czasu potrzebuję na projekt więc dzisiaj spać się nie położę… Przykłady można mnożyć. Jeśli priorytet jest jeden to dasz radę powiedzieć innym rzeczom “nie”. Problem pojawia się wtedy, kiedy naraz chcesz dietę, bloga, więcej zleceń i zadbać o zdrowie – nagle okazuje się że nie musisz walczyć z jedną pokusą, a dziesięcioma i tak czy inaczej wychodzisz z tej całej rozgrywki nieszczęśliwa i z poczuciem porażki. Jeśli skupisz się na jednej rzeczy i wyrobisz sobie nawyk to po pierwsze łatwiej jest odmówić, a po drugie nawet jeśli wyskoczysz ze znajomymi na piwo raz na jakiś czas to nie zburzy to wszystkich dotychczasowych starań bo bez problemu wrócisz na dobre tory. Dzięki temu  pomimo że czasami ma się wrażenie ślimaczego tempa (szczególnie w stosunku do znajomego z 7 biznesami) łatwiej jest osiągnąć więcej i utrzymać efekty swojej pracy na określonym poziomie.

 

Okay, mówimy o samych wielkich planach, a jak to odnieść do codziennego życia i małych akcji? Staram się wprowadzić to w życie np. w ten sposób, żeby nie wykonywać wielu zadań naraz oraz żeby być bardziej wybredną jeśli chodzi o to, co mam zamiar zrobić. Przestałam się już łudzić że dobra organizacja czasu oznacza że dam radę zrobić WSZYSTKO, a jeśli nie to coś ze mną jest nie tak. Dobra organizacja czasu oznacza że robię to co jest najważniejsze + DODATKOWO to na co jeszcze czas i siły pozwolą. Sprawia to że jestem bardziej wybiórcza w tym co robię, od czego zaczynam pracę i jak ją organizuję. Zastanawiam się najpierw jaki efekt chcę uzyskać a potem co mogę zrobić w tej chwili żeby jak najbliżej się do niego przybliżyć. Na przykład: mam pół godziny i moim celem jest sprzątnięcie kuchni – zacznę więc od umycia podłogi zamiast przestawienia talerzy w szafce w rogu, bo to da mi największy “efekt łał”. Zostało trochę czasu? Super! Jaka jest kolejna najbardziej rzucająca się w oczy rzecz którą mogę zrobić? Możecie się śmiać, ale dla mnie to przez wiele lat była tajemnica życia. Kiedyś sprzątanie wielkieeeego bałaganu w pokoju zaczynałam od idealnego ułożenia majtek i skarpetek w szufladzie (w której już były ułożone) i po tym nie miałam ochoty na wiele więcej. Eh.

 

Kolejna dziedzina w której można zastosować tę filozofię to wszelkie artykuły typu “10 sposobów na…”. Nie wiem czy Ty też tak masz, ale ja czasami mam fazę pod tytułem “zadbam o cerę!” i wyszukuję 150 sposobów co trzeba zrobić, kupuję 10 maseczek, 2 toniki, 4 płyny micelarne, szczoteczkę do masowania, rękawicę do zdzierania, 6 kremów do nawilżania i kilogram łososia bo podobno świetnie działa od wewnątrz. Potem się okazuje, że 3 maseczki mają brzydki zapach i ich unikam, po jednej skóra wygląda jeszcze gorzej, kremy przeterminowały się gdzieś na dole szuflady a ja wracam do starych nawyków. I na co mi to było? Jak już najdzie mnie taka ochota wynajduję jeden sposób, który najbardziej przyciągnął moją uwagę i wypróbowuję. Działa? Fajnie! Jeśli dalej mam chęć się bawić to dokładam kolejny. To dobry sposób na testowanie czy naprawdę Ci na czymś zależy i ile jesteś w stanie przeznaczyć na dany cel: pieniędzy, czasu, energii. Czasami okazuje się że wcale nie masz ochoty dbać o cerę jak modelka Victoria’s Secret a wystarczy Ci wprowadzenie jednego nawyku albo może w ogóle nie sprawia Ci to przyjemności i nie masz takiej potrzeby. Warto to przetestować przed kupieniem tych wszystkich “niezbędnych do rozpoczęcia” rzeczy. Ciekawie na ten temat pisała też Ania tutaj.

 

Ostatnie co chciałam poruszyć to jaki wpływ ma to moje podejście na Ciebie jako na czytelnika tego bloga. Otóż blog jest gdzieś na liście rzeczy ważnych, ale nie jest w tej chwili tym jednym jedynym priorytetem na szczycie. Znaczy to, że staram się i w miarę możliwości poświęcam mu uwagę i czas, ale nie będę za wszelką cenę wypełniać wszystkich nakazów internetowych guru w stylu: “Musisz pisać raz dziennie!”; “Musisz być na wszystkich platformach społecznościowych!”; “Twoje zdjęcia muszą być takie a takie!”, “Zadbaj o SEO!” itd. Będę starała się pisać regularnie, tak często jak się da, ze zdjęciami takimi jak uda mi się zrobić, z pomysłami jakie będę miała, z poczuciem odpowiedzialności i szacunku do Ciebie, ale też bez wielkiej spiny. Proszę o wyrozumiałość 🙂

 

A photo posted by Herbalicja (@herbalicja) on

W ramach rekompensaty mam dla Ciebie krótkie podsumowanie wpisu, mam nadzieję że się przyda:

  • Nie zaczynaj wszystkiego naraz.
  • Wybierz sobie jedną dziedzinę w której chcesz zmiany, a w niej jeden cel.
  • Rozbij sobie ten cel na konkretne, małe działania, które dasz radę wprowadzić do swojego życia. Zrób z tego priorytet.
  • Skup się na wyrobieniu nawyku z tych działań – powinno to zająć około miesiąca.
  • Po miesiącu sprawdź, czy trzeba coś usprawnić i czy jesteś gotowa na kolejny krok/priorytet.
  • Zaczynaj od najważniejszych rzeczy i dopiero potem zajmij się mniej istotną częścią listy zadań.
  • Sprawdzaj w trakcie (szczególnie przy większych przedsięwzięciach) czy to na pewno kierunek w którym chcesz teraz podążać.
  • Nie daj się zwariować 🙂

Dziękuję za poświęcony czas i życzę Ci miłego dnia!

Priorytety i praca

…czyli o PiPach słów kilka

A dzień dobry! Dzisiaj porozmawiamy sobie o priorytetach i pracy (czyli w skrócie o PiPach). Muszę sobie poukładać w głowie kilka spraw i pomyślałam że może i Tobie się przyda. 

Ale do rzeczy, kobieto, do rzeczy.

Co to w ogóle są te PiPy?

Priorytety

Priorytety (w tym kontekście) to dla mnie coś ważnego w życiu, wartości, którymi chcę się kierować, długofalowe cele, które chcę osiągnąć, coś, co poprawi jakość życia i sprawi, że będę szczęśliwa.

To zadziwiające, jak wiele osób (w tym do niedawna ja):
– nie wie tak naprawdę jakie ma w życiu priorytety, lub
– są one mętne (“yyy…. noooo…. chcę być szczęśliwa, mieć pieniądze itepe, nie? hehe”)
– nie są wcale ich – czyli masz takie bo takie mają wszyscy, takie mieć wypada itd.
– ma priorytety które są już przestarzałe – umówmy się, że inaczej wyglądają priorytety 20-latka i 50-latka. Czasami trzeba się po prostu im przyjrzeć i sprawdzić datę przydatności do użycia.

Ciężko się w takim stanie żyje bo człowiek zasuwa, zasuwa a nic z tego nie ma i w ogóle się w życiu nie porusza do przodu. Kojarzysz takie momenty w swoim życiu? Tak? To teraz, zanim zabierzemy się do pracy, mam dla Ciebie zadanie.

Zastanów się, jakie są Twoje priorytety. Co chcesz osiągnąć w życiu, do czego dążyć, jak spędzać czas? Ty jako Ty, nie patrz na mamę, ciotkę, szefa i przyjaciółkę. To Ty masz się czuć dobrze z tym co tam sobie wymyślisz. Jakie wartości są dla Ciebie najważniejsze? Postaraj się, żeby było jak najbardziej konkretnie. Masz? Okay, to teraz weź kartkę i sobie to wszystko zapisz.

Nie, serio. Zapisz. Nie oszukuj. Zobaczysz, że przyda Ci się nie jeden raz. Zaraz zobaczysz dlaczego, bo wracamy do…

Praca

 

Kiedy już wiesz czego chcesz od życia, trzeba przystąpić do realizacji. No niestety, same to się nawet jajka w Pokemon Go nie wyklują. Trzeba ruszyć tyłek i zasuwać. Tak jest ze wszystkim co wartościowe, najczęściej wymaga zachodu. Witaj na świecie. Jeśli na Twojej liście priorytetów (bo ją spisałaś, prawda?) są takie, które miałaś już wcześniej, zadaj sobie pytanie: co robiłam, żeby faktycznie były priorytetami w moim życiu? Skoro tak ważna jest dla mnie rodzina, to jak to pokazuję w moim życiu? Skoro ważne jest zdrowie, to co konkretnie robię każdego dnia, żeby je utrzymać/poprawić? Nie wiem jak Ty, ale przy takich konfrontacjach ja przeważnie wypadam blado. Nagle okazuje się, że chciałabym, ale… Tylko czy to wtedy naprawdę jest dla Ciebie priorytet, skoro od lat jest ostatni na liście zadań i obowiązków? No właśnie.

Niestety, praca i wysiłek są potrzebne. Wtedy, kiedy się nie chce, kiedy wolisz obejrzeć serial niż podrasowywać CV i szukać nowej pracy, kiedy ciastko wzywa o wiele bardziej niż sałatka… Proste decyzje powtarzane każdego dnia tworzą Twoje życie. Mając ustalone, co jest dla Ciebie najważniejsze, o wiele łatwiej będzie Ci podjąć te najlepsze. Oczywiście, nic się nie stanie jeśli raz na jakiś czas zjesz ciastko, ale jeśli będziesz je wybierać codziennie to cóż… Nie wybierasz szczuplejszego i zdrowego ciała choćbyś nie wiem jak sobie to wmawiała.

PiPy

Jasne, kryzys zawsze lubi się pojawić niezapowiedziany, ale o wiele łatwiej będzie go wyprosić kiedy zerkniesz na swoją listę i wrócisz myślami do tego co dla Ciebie najważniejsze. A jeśli potrzebujesz jeszcze większej dawki motywacji na start, może pomoże Ci też ten wpis? Każdy kiedyś zaczynał

A teraz, wiesz co jeszcze jest ważne?

Równowaga

 

Żeby wycisnąć życie jak cytrynkę potrzebna jest równowaga PiP. Inaczej albo będziesz tylko marzycielem, który nic nie osiąga, albo (jak ja ostatnio), będziesz ciorać jak osiołek nie przybliżając się do celu i zaniedbując to, co dla Ciebie ważne.

Wiesz, to tak jakby przez 30 lat brać wszystkie możliwe nadgodziny żeby kiedyś móc więcej czasu spędzać z rodziną. 😉 Do tego robisz w tej pracy wciąż na maksymalnych obrotach, tak, że nie ma czasu taczki załadować, nie poświęcając nawet chwili na refleksję że skoro już chcesz więcej pieniędzy to może można to osiągnąć mądrzej. Rozumiesz do czego dążę? Jeśli tak to super, jeśli nie to napisz co wyjaśnić 🙂 A tymczasem powiem Ci jeszcze, że…

W życiu są różne momenty. Równowaga PiP praktycznie nigdy nie będzie 50/50. Jest czas zmian, kiedy nagle okazuję się że trzeba zrewidować plan i wprowadzić poprawki – wtedy dobrze jest poświęcić się bardziej planowaniu i upewnić się co do kierunku i tego jak podążyć wyznaczoną drogą. Z kolei kiedy taki plan już masz, pora na konkretne działania i tylko czasami zerknięcie z szerszej perspektywy czy wciąż wszystko się zgadza. Tak czy siak, obydwa elementy są w życiu potrzebne.

Zgadzasz się? To do dzieła, i daj mi znać która PiPa u Ciebie obecnie przeważa 🙂

Skąd się biorą pieniądze?

Jak ułatwić sobie zarabianie pieniędzy

Pieniądze biorą się z bycia użytecznym.

Kropka. Właściwie na tym mogłabym zakończyć wpis.

Jeśli pracujesz na etacie albo jesteś freelancerem, wymieniasz swój czas i kompetencje na pieniądze. To znaczy, że dajesz komuś wartość, za którą jest w stanie zapłacić tyle i tyle. Innymi słowy, dajesz swojemu pracodawcy coś czego potrzebuje i dostajesz za to tyle ile jest to dla niego warte (lub mniej, zależy od Twoich możliwości negocjacyjnych i innych czynników, tu skupiamy się na tym jednym).

No dobrze, ale co z tego wynika, kobieto?

Ano to, że jeżeli zmienisz podejście do pieniędzy to będzie Ci łatwiej zauważać okazje do ich zarobienia.

Odpowiedzią jest dawanie wartości. Nie mówię tutaj oczywiście o przypadkach gdzie szef to typowy krwiopijca i wyzyskiwacz, mówię o normalnych ludziach i sytuacjach z jakimi większość z nas ma do czynienia. Widzisz że coś można zrobić? Zrób to. Widzisz że można coś ulepszyć? Zaproponuj zmianę. Widzisz że można w czymś pomóc? Pomóż. Nie na siłę, nie kosztem życia w firmie, z umiarem, małymi kroczkami, ale dawaj coś wartościowego.

Jeśli się do tego zastosujesz, są naprawdę duże szanse, że Twój wkład zostanie zauważony, dostaniesz premię, podwyżkę i pewnie nie będziesz musiał się każdego dnia martwić o utrzymanie pracy. Nawet jeśli podwyżka przez dłuższy czas nie przyjdzie, zbudujesz poczucie swojej wartości w firmie, zobaczysz swój wkład i łatwiej będzie na podstawie Twoich realnych inicjatyw poprosić o taką podwyżkę samemu.

A jeśli i to nie pomoże… Dzięki temu że wiesz skąd biorą się pieniądze będziesz wiedział jak się dobrze zaprezentować na rozmowie o pracę – potrzebujesz po prostu jak najlepiej pokazać jaką wartość możesz dać i co jest na tyle użyteczne że będą chcieli Ci płacić 🙂

Zresztą, tu nawet nie chodzi tylko o pieniądze. Zrobiłam kiedyś niechcący eksperyment (czy da się zrobić eksperyment niechcący?) i skupiłam się bardzo mocno na pomocy znajomym. Starałam się pomóc rozwiązać ich problemy w taki sposób żeby jak najbardziej pomóc im a nie połechtać swoje ego, przy okazji pokazałam trochę swoich umiejętności… Wiesz, to nie były nawet jakieś wielkie rzeczy, często liczył się entuzjazm i sama chęć pomocy, burza mózgów. Za to efekty bardzo mnie zaskoczyły. Nagle się okazało, że chociaż wcale nie miałam tego na uwadze pomagając, każdy chciał się jednak odwdzięczyć i pomagał mi – a to mnie polecił komuś dalej, a to pojechałam na darmową wycieczkę… do tego zdecydowanie lepiej mają się od tego czasu moje relacje z tymi osobami 🙂

Spróbuj, co Ci szkodzi? 🙂 Oczywiście każdy ma inną sytuację, ale podałam ogólną zasadę więc przy odrobinie wysiłku i kreatywności jestem pewna że dopasujesz ją do siebie 🙂

A teraz bonus, za to że wytrwałeś do końca wpisu: chcesz sobie dorobić? Mam dla Ciebie propozycję. Znajdź znajomego przedsiębiorcę (a najlepiej kilku). Zastanów się, w czym jesteś dobry, w czym mógłbyś pomóc. I znów, nie musi to być od razu coś wielkiego. Może widzisz sposób w jaki można by coś poprawić? Może potrafisz robić strony internetowe/grafikę? Może znasz się na wypełnianiu papierków, masz samochód? Znajdź ze 2-3 rzeczy w których czujesz że możesz pomóc. A teraz pogadaj z tym przedsiębiorcą, zapytaj czy jest coś w tych dziedzinach (lub może przychodzi mu do głowy coś innego pilnego) co mógłbyś dla niego zrobić za x zł. Wybierz realną kwotę, na początek nie od razu grube tysiące, daj się wypróbować 🙂 Wbrew pozorom, szczególnie w małych firmach, zawsze jest coś co chętnie by się oddelegowało na zewnątrz. Zaczniesz od małych rzeczy, a później może nawiążecie stałą współpracę? Nawet jeśli nie wyjdzie, złapiesz trochę doświadczenia 🙂 Co Ty na to?

Jeśli ten tekst jest dla Ciebie przydatny, będzie mi bardzo miło, jeśli dasz znać 🙂

Jaki masz problem?

Czy na pewno wiesz, jaki masz problem? O magii pytań.

Podobno Albert Einstein powiedział:

„Gdybym miał tylko godzinę na uratowanie świata, 55 minut poświeciłbym na zdefiniowanie problemu, a tylko 5 na znalezienie rozwiązania.”

Podobno, ale brzmi mądrze, więc przyjmijmy że tak było 🙂

Czasami jest tak, że przez długi czas, czasami lata całe, myślimy że mamy problem nie do rozwiązania. No nie da się dziada rozwiązać w tym momencie życia i już. Można sobie co najwyżej ponarzekać na swój los. Ja tak mam, i przekonałam się że to nie do końca prawda. Chcesz wiedzieć jak z tym walczyć?

Najlepiej będzie wytłumaczyć to na przykładzie. “Potrzebuję więcej pieniędzy” – myślisz sobie. Jak większość z nas 😉 Po pierwsze, to “więcej” nie jest jakoś szczególnie określone, prawda? Ile to konkretnie ma być? Przecież jak wracasz do domu i znajdziesz 5zł to już masz więcej pieniędzy, prawda? Czy to sprawia że problem znika? Raczej nie, chyba że jesteś Panem Żulem i akurat tyle Ci do szczęścia potrzeba ;). Prawdziwa magia dzieje się jednak kiedy spojrzysz dalej.

Dlaczego potrzebujesz więcej pieniędzy? Czy ma to być tylko jednorazowo większy przypływ gotówki żeby kupić sobie najnowszego iPhone’a? W takim razie postaraj się o dodatkowy zarobek, może będziesz miał w tym czasie mniej czasu ale w dość szybkim czasie powinieneś uzbierać potrzebną kwotę. Zmień więc problem z “potrzebuję więcej pieniędzy” na “potrzebuję dorobić x zł”.

A może potrzebujesz więcej pieniędzy trwale, np. dla rodziny? W takim razie potrzebujesz myśleć długoterminowo – jak możesz np. zmienić pracę na lepszą? Czy potrzebujesz zdobyć jakieś nowe umiejętności? Nie ma co się stresować i wkurzać że to potrwa, jak nic nie zrobisz to też nie poprawisz sytuacji, a tak po czasie (który i tak mija) masz zdecydowanie większe szanse na poprawę jakości życia. W takim wypadku Twój problem to nie “potrzebuję więcej pieniędzy”, a “potrzebuję x zł więcej miesięcznie żeby spiąć budżet”. Może dasz radę podnieść ceny swoich usług lub poprosić o podwyżkę? A może dotyczy Cię problem poniżej?

“Potrzebuję więcej pieniędzy” bo nie potrafię radzić sobie z finansami. Czy na pewno wiesz gdzie uciekają Ci pieniądze? Być może kupujesz coś, co wcale Ci nie jest potrzebne do szczęścia i brakuje na rzeczy istotne? W takim razie najbardziej pomoże Ci nie “więcej pieniędzy” (będziesz mieć te same nawyki, tylko na większą skalę), a lepsze budżetowanie i kontrola nad tym, na co wydajesz.

Kolejny przypadek: “potrzebuję więcej pieniędzy żeby zadbać o swoje zdrowie” lub “potrzebuję więcej pieniędzy żeby być szczęśliwym”. Ojej, ale kto tak powiedział? Tutaj akurat praca do granic możliwości żeby odłożyć na szczęśliwe “później” raczej średnio się sprawdza. Wiem po sobie. Może warto odpuścić sobie pewne rzeczy, a zamiast tego skupić się na byciu szczęśliwym tu i teraz? Jeśli masz wolne tylko pół niedzieli to może nie rób obiadu z trzech dań i szoruj te gary tylko wyjdź na spacer do lasu, poczytaj książkę czy zrób cokolwiek co sprawi Ci radość? Zacznij szukać takich małych chwil które możesz dla siebie ukraść i po prostu odetchnąć. Jeśli masz problemy ze zdrowiem to zrób z tego priorytet. Wiem, że ciężko, że w natłoku zadań to się wydaje zupełnie niedorzeczne, ale spróbuj. Każdego dnia troszkę bardziej. Zobaczysz że bez pieniędzy albo z małą ilością też można poczuć się choć trochę lepiej, a wtedy dużo łatwiej myśleć o tym co dalej 🙂

Kolejny przykład: “potrzebuję więcej pieniędzy żeby zacząć swój biznes”. Ok. Czy wyczerpałeś już wszystkie sposoby? Czy masz pewność że Twój biznes wypali? Czy da się go (choć częściowo) sfinansować z przedsprzedaży produktu/usługi? Może dasz radę pozyskać inwestorów? Kredyt? Cokolwiek? Może możesz początkowo zrezygnować z jakiegoś modułu, coś uprościć, gdzieś obciąć koszty? Może czekając na finanse możesz zająć się czymś innym związanym z biznesem co też przyniesie jakąś korzyść? Zdecyduj się, czy na pewno chcesz zacząć ten biznes, co jest w nim najważniejsze, na jakie ustępstwa jesteś w stanie pójść i zacznij szukać konkretnych rozwiązań z tego miejsca.

Ok, jestem pewna że przypadków można mnożyć, a to tylko jeden przykład problemu. Chodzi o to, żeby stanąć odważnie naprzeciw swojego wielkiego problemu i rozwalić go na jak najmniejsze części odpowiednimi pytaniami. Tak jak Einstein, najpierw skup się na jak najbardziej precyzyjnym określeniu problemu, a dopiero później nad jego rozwiązaniem. Myślę, że zadziała z większością tego z czym się borykasz – jeśli nie rozwiąże całkiem, to chociaż znacznie pomoże. Jeśli sam nie dasz rady się tak przepytać, może masz przyjaciela któremu będzie łatwiej Cię pomęczyć? Tak czy inaczej – powodzenia! 🙂

A jeśli chcesz, daj znać – masz taki “zasiedziały” problem czy to tylko ja? 🙂

Organizacja listy zadań – narzędzia

Jak obecnie wygląda u mnie lista to-do i kilka przydatnych narzędzi.

Ach, listo zadań… Nigdy nie jest z Tobą dobrze! Przerabiałam już listy papierowe, miliony aplikacji, Happy Planner, system Get Things Done i pewnie jeszcze kilka innych z mądrymi nazwami.

Wszystko działało tydzień, dwa, a potem nawarstwiało się tyle niezałatwionych spraw (które wciąż były aktualne) że aż przykro było zaglądać. W końcu pogodziłam się, że nie ma jednego narzędzia, które zadowoli mnie w 100%. Ale po kolei:

  • Happy Planner. Występuje w kilku wersjach. Używałam wersji całorocznej. Na stronie jest o wiele więcej zdjęć. Dziewczyny biorą do serca wszystkie uwagi kierowane w kierunku Happy Plannera, więc w przyszłym roku ten układ może się zmienić. Jest piękny, bardzo kobiecy, przykładowa karta wygląda tak:IMG_4455
    Dodatkowo są roczne i miesięczne cele oraz różnego rodzaju listy, np. lista wdzięczności czy porannych rytuałów.  W Happy Plannerze podoba mi się, że oprócz godzinowego planu jest też lista zadań na dany dzień, priorytety i miejsce na notatki. Doceniam “dziękuję za”, “codzienną przyjemność” i “coś dla zdrowia” – przypominają że nie tylko sprawami do załatwienia człowiek żyje, a systematycznie wypełniany z czasem może stać się sympatyczną lekturą. Bardzo fajne są cele miesięczne, ale m.in. właśnie na tym planner u mnie poległ. Niestety miesiąc to trochę za długo/za krótko (zależy od strony których celów spojrzeć), poza tym trzeba ciągle przekładać kartki i w związku z tym w natłoku spraw codziennych cel już nie jest tak dobrze widoczny. Dodatkowo, żeby Happy Planner działał jak należy, trzeba naprawdę wszystko w nim zapisywać i nigdy się z nim nie rozstawać. W moim przypadku niewykonalne, ale sam planer jest świetnym dodatkiem 🙂Happy planner
  • Workflowy. Jedno z moich ulubionych narzędzi. Zaczynasz od pustej kartki, na której możesz dodać dowolną ilość zadań w formie punktów. Możesz też utworzyć listy, a każda lista po kliknięciu będzie osobną, czystą stroną. Ok, trochę ciężko to wytłumaczyć, a jest naprawdę proste i przejrzyste, więc zerknij sobie po prostu TU i wypróbuj jak to działa. Wciąż używam workflowy właśnie do wszelkiego rodzaju list i długoterminowych projektów. Da się tam zorganizować całe życie i nawet otworzyć firmę (np. Slack powstał właśnie przy użyciu workflowy). Do obejrzenia prezentacji potrzebna jest znajomość angielskiego, ale tak naprawdę samo narzędzie jest super intuicyjne, ładnie wyglądają polskie znaki, i co najważniejsze, do 250 “zadań” miesięcznie jest darmowe.Lista zadań - narzędzia
  • Aplikacja Pomodoro – świetnie się u mnie sprawdza kiedy potrzebuję zrobić coś na komputerze a facebook kusi lub do załatwiania spraw, które muszą być koniecznie zrobione ale zabieram się do nich jak pies do jeża. Wpisuję sobie wtedy takie rzeczy do pomidorka, przekonuję sama siebie że 25 min, które trwa cykl pracy to wcale nie jest dużo i nie ma że boli, poświęcam się tylko temu zadaniu. Pomaga. Chyba że lenistwo wygrywa – wtedy nic nie pomaga 😉 Jest sporo tego typu aplikacji, na telefon, tablet, komputer… Wybierz taką która Ci najbardziej odpowiada 🙂
  • Aplikacja Get Things Done – pierwotnie używałam jej do zapisywania wszystkich niezałatwionych spraw które w terminie bliższym lub bardziej odległym wymagają uwagi, ale w końcu przerzuciłam to na osobną listę w Workflowy. Aplikację za to wciąż trzymam na telefonie, a nuż znajdę dla niej lepsze zastosowanie 🙂 
  • Kalendarz w komputerze/telefonie lub przypomnienia – używam ich do zapisywania dat odległych wizyt u lekarza, spotkań, ważnych urodzin (wpisuję je 2 razy – raz tydzień przed żeby spokojnie kupić prezent, drugi raz już właściwego dnia).
  • Karteczki samoprzylepne – używam ich do najważniejszych spraw na ten tydzień oraz do rzeczy które wymagają motywacji wewnętrznej bo nikt mnie nie zamorduje ani nie wyrzuci z domu jeśli tego nie zrobię. Jak to działa? Karteczki przyklejam na szafie koło łóżka i miejsca pracy, tak, że są zawsze widoczne (dla mnie bardzo ważne!).
    Na samej górze ustalam sobie hasło na dany tydzień: może to być jakiś cytat, motywujące zdanie, ważny cel, werset biblijny, główny priorytet czy hasło, na czym chcesz się skupić w danym tygodniu, np. rodzina. Niżej mam najważniejsze bieżące sprawy które muszę załatwić – max. 6 (po jednej dziennie + 1 dzień na obijanie się). Ważne, żeby nie dokładać sobie kolejnych kiedy już jakąś stamtąd usuniesz – lubię widzieć że tam ubywa i dokładać nowe tylko w wyznaczone dni. Niby mały trik, a pomaga zachować motywację.
    Lista zadań
    Jeszcze niżej wszystko to, co przydałoby się zrobić, np. prasowanie, rozpiskę treningów itp. W tym rządku karteczek znajdują się powtarzające się działania które nie są dla mnie jakoś niesamowicie pilne w danej chwili, ale jeśli ich nie rozpiszę przed oczami to kiedy przyjdzie wolna chwila prędzej zajmę się graniem w kulki zamiast czymś pożytecznym 😉 Na samym dole mam dodatkowy rządek na najważniejszy “projekt”, dużego “słonia”, którego rozpisuję sobie na mniejsze cele. W tym momencie jest to akurat blog.
  • Bonus: Habitica. Pierwszy raz przeczytałam o niej u Natalii i tam też jest fajnie opisana, więc nie będę się powtarzać. Sama nie używam, ale wiem że od tego czasu kilku moich znajomych wysyłało mi na zasadzie: “Patrz, fajne!”. Pomimo że lubię grać to akurat to mnie nie do końca przekonało, ale może Ciebie?

    Organizacja listy zadań - narzędzia
    Habitica – materiały promocyjne

A Ty? Jak się organizujesz? Może polecisz coś fajnego?

Każdy kiedyś zaczynał

Nie wiem czy też tak masz, ale kiedy wpadam na jakiś pomysł lubię podpatrzeć innych którzy robią coś podobnego… i się zniechęcam. Bo oni są tacy świetni, robią to tak profesjonalnie, schudli już tak bardzo, przezwyciężyli już tyle przeciwności… Gdzie mi do nich? Jak zacząć? Jak żyć?

 

Niby po internecie krąży wiele obrazków motywacyjnych o tym, jak to Michael Jordan został wyrzucony ze szkolnej drużyny koszykówki albo jak Walt Disney został wyrzucony z gazety za brak wyobraźni i oryginalnych pomysłów. Tylko co z tego? Czyta się fajnie, ale zawsze gdzieś w środku głowy zostaje głosik, który mówi, że oni są inni, że w moim przypadku jest inaczej…


Tylko że nie jest. Każdy kiedyś zaczynał, każdy się kiedyś potknął, miał dość, wszystko było przeciwko niemu. Niektórzy się poddają – jak ja z prawem jazdy. Nie zdawałam, doszłam do wniosku, że jestem w tym beznadziejna i dałam sobie spokój. Koleżanka z roku zdawała 11 razy, wszyscy mieli z niej ubaw, ale w końcu zdała. Po latach ona ma prawo jazdy i śmieszną historię do opowiadania, ja tylko poczucie beznadziejności i lekką traumę.

 

Jeśli Ci na czymś zależy to… po prostu zacznij to robić. Nie przejmuj się tym co inni powiedzą. Tak, będzie ciężko. Raczej mało przyjemnie jest napisać na facebooku: “Hej! Dzisiaj drugi dzień diety! Schudłam… jeszcze nic, za to prawie popłakałam się na widok czekolady!”. Kiedy pierwszy raz od czasów w-fu w szkole idziesz pobiegać raczej nie wrzucasz swojego wyniku do social media – zawsze znajdzie się ktoś, kto pobiegł lepiej, szybciej i chce Ci o tym powiedzieć.
Żeby osiągnąć spektakularne efekty czy metamorfozę której wszyscy będą zazdrościć, nauczyć się angielskiego czy cokolwiek sobie marzysz, potrzebny jest czas, wysiłek, wyrzeczenia. Może i z każdej strony widzisz w internecie przepisy na wszystko w “5 łatwych krokach” albo “2 tygodnie do bikini” – tylko powiedz mi, tak szczerze, kiedy ostatnio coś naprawdę ważnego i trwałego stało się w ciągu 2 tygodni albo w 5 łatwych krokach? Ja sobie nic takiego nie przypominam. Za to chcę Ci powiedzieć, że nie jesteś w swojej podróży sam/sama. Poszukaj ludzi, albo nawet jednego “ludzia”, który będzie Cię wspierał i choć trochę rozumiał. A jeżeli nie masz nikogo takiego, napisz do mnie. Razem raźniej.

To co, zaczynamy?